środa, 10 października 2012

"Zaklęci w czasie" - Audrey Niffenegger


Tłumaczenie: Katarzyna Malita
Wydawnictwo: Nowa Proza
Stron: 633

Uwielbiam jesień. I wcale nie mam tu na myśli złotej, pięknej jesieni, gdzie drzewa zachwycają kolorami, a nieśmiałe słońce całuje policzki. Nie, ja najbardziej lubię taką jesień, gdy za oknem hula wiatr, deszcz rytmicznie stuka o szyby, a świat wygląda nieco ponuro. Bo właśnie wtedy czyta mi się najlepiej. Ciepłe skarpety, wielki koc, kubek gorącej herbaty, klimatyczne światło (nie znoszę czytać przy mocnym świetle, bo kojarzy mi się z nocną nauką do sesji egzaminacyjnej) oraz koniecznie jakaś magiczna historia. Wtedy zapominam o wszystkim co złe i przykre, i przenoszę się w inny wymiar.

Bo właściwie wcale nie planowałam czytać tej książki już teraz. Kupiłam ją okazyjnie na promocji w pewnym supermarkecie (za 6,99zł!) i odłożyłam "na później", wszak miałam zacząć przygotowania do egzaminu z literatury angielskiej i przeczytać Władcę much Goldinga. Jednak tego sobotniego popołudnia było tak ponuro, tak szaro, tak deszczowo i tak przez to pięknie, że czułam w środku potrzebę cudownej historii miłosnej. Czasem nachodzą mnie podobne nastroje i jeśli nie goni mnie czas, to chętnie się im poddaję. I nigdy tego nie żałuję. Dzięki Zaklętym w czasie przeżyłam cudowny weekend, który pozwolił mi na chwilę odetchnąć od przyziemnych spraw. Czytałam tę książką tylko z przerwami na spanie, jedzenie itp. Zupełnie zatraciłam się w tej historii, czyli dokładnie tak, jak lubię najbardziej w te jesienne, deszczowe wieczory.

Zaklęci w czasie to debiut literacki Audrey Niffenegger. Książka funkcjonuje w Polsce pod kilkoma tytułami, zaś tytuł oryginalny to The Time Traveler's Wife. Autorka na tych kilkuset stronach utkała niezwykłą opowieść o miłości, o czekaniu, o przeznaczeniu. Głównymi bohaterami są Clare i Henry. Poznali się, gdy ona miała 6 lat, a on 36. Ich pierwsza randka natomiast odbyła się, gdy ona miała 20 lat, a on 28. Jak to możliwe? Henry podróżuje w czasie. Jest to rzadkie, nie odkryte jeszcze zaburzenie genetyczne, które sprawia, że w jednej chwili mężczyzna znika, zostawiając po sobie jedynie kupkę ubrań, a następnie pojawia się w swej przeszłości lub przyszłości. Zawsze nagi, dlatego musi szybko zorganizować sobie strój, co często zmusza go do łamania prawa. Podczas jednej takiej podróży ląduje na Łące - ulubionym miejscu zabaw i kryjówek małej Clare. Tym samym trafia do swej przyszłości. Gdy spotka dwudziestoletnią Clare to ona go pozna, bo ich znajomość będzie ważną częścią jej przeszłości. A więc przeszłość i przyszłość spotkają się w teraźniejszości, gdzie dwójka zakochanych ludzi, będzie próbowała żyć normalnie mimo niestandardowej sytuacji.

Książka została podzielona na rozdziały, każdy opatrzono stosownym tytułem. Do tego owe rozdziały podzielono na "sceny", a dzięki dopiskom autorki czytelnik zostaje zawsze dokładnie poinformowany o dacie i wieku bohaterów. Początkowo nie mogłam tego wszystkiego ogarnąć. Czułam się trochę przytłoczona tymi datami, tym mieszaniem czasów i wieków postaci. Ale stopniowo zaczęło mi się wszystko układać i czułam już tylko ogromny podziw dla pani Niffenegger za tak jednocześnie pokręcone, i uporządkowane przedstawienie akcji. Najciekawsze według mnie momenty to te, gdy Henry-dorosły wraca do przeszłości i rozmawia ze swoją drugą, młodszą wersją. Równie intrygujące były chwile, gdy do Henry'ego w teraźniejszości odzywa się przyszłość i pojawia się starsza wersja bohatera, a więc ta, w której zakochała się Clare. Ach, doprawdy niezwykła jest to historia i po prostu nie da się jej ująć w kilku zdaniach. Czyta się błyskawicznie. Podczas lektury doświadczyłam różnych uczuć - i się pośmiałam, i się pozłościłam, i sobie popłakałam. Jedyny mały zawód to zakończenie, które według mnie mogło być lepsze, ciekawsze, z bardziej podkręconym napięciem. Książka doczekała się realizacji filmowej, ale nie zdążyłam jeszcze jej obejrzeć. Na pewno jednak zrobię to niedługo, bo jestem bardzo ciekawa zderzenia własnych wyobrażeń z wyobrażeniami reżysera. Gorąco polecam wszystkim tę książkę!

Moja ocena: +5/6

sobota, 6 października 2012

"Agnes Grey" - Anne Bronte


Tłumaczenie: Magdalena Hume
Wydawnictwo: MG
Stron: 232

Do czytania tej książki przystępowałam z niemałymi oczekiwaniami, wszak wcześniej zapoznałam się ze znakomitą Lokatorką Wildfell Hall, która na długo pozostanie w mojej pamięci. Anne Bronte w swym krótkim życiu zdążyła napisać dwie powieści, a Agnes Grey była tą debiutancką (inspirowaną osobistymi przeżyciami autorki). Właściwie to wiele wyjaśnia, bo jest to powieść mniej rozbudowana, mniej wnikliwa i (co nie trudno zauważyć) o ponad połowę krótsza od Lokatorki... A szkoda, bo potencjał w tej historii był ogromny. Niemniej czytałam Agnes Grey z przyjemnością, gdyż dzięki niej mogłam po raz kolejny przenieść się do dziewiętnastowiecznej Anglii...

Tym razem dane mi było bliżej zapoznać się z cieniami i blaskami profesji guwernantki. No dobrze - głównie cieniami. Agnes to osiemnastoletnie dziewczę, młodsza córka pastora Grey'a, która postanawia wyprowadzić się z domu i podjąć pracę jako guwernantka. Z jednej strony dziewczyna pragnie wspomóc finansowo rodzinę, a z drugiej - rozpiera ją chęć przygód, poszerzania horyzontów oraz ogromne pragnienie niezależności. Praca guwernantki była jedyną właściwie, jaką mogła podjąć niezamężna kobieta bez narażania się na krytykę innych. Teoretycznie guwernantki szanowano. Nie były przecież służącymi, a wykształconymi, dobrze wychowanymi kobietami, które sprawowały pieczę nad kształceniem panien i paniczów z zamożnych domów. W praktyce jednak bywało zgoła inaczej...

Agnes bardzo szybko przekonuje się, jak naiwne były jej wszystkie wyobrażenia o pracy guwernantki. Wychowana w domu pełnym zrozumienia, miłości i posłuszeństwa nie może początkowo uwierzyć, że dzieci potrafią być tak okrutne, tak niegrzeczne, tak fałszywe, a rodzice tak pobłażliwi, ślepi i nierozsądni. Dziewczyna robi wszystko, co w jej mocy, aby wpoić w swoich podopiecznych uczucia pokory, wdzięczności, wstydu czy miłości, jednak bez skutku. Ciężko zyskać jej posłuch, skoro rodzice albo dzieciom pobłażają, albo widzą tylko ich fałszywą, wygładzoną maskę. Pierwszą rodzinę opuszcza Agnes dość szybko, w drugiej natomiast opiekuje się dziećmi starszymi, potem już dojrzewającymi pannami. Praca tu okaże się dla panny Grey jeszcze trudniejsza, ale nie ze względu na trudniejszych podopiecznych, a na uczucia, które w niej samej zaczną się rodzić.

Fragmenty o wychowywaniu dzieci w dziewiętnastowiecznej (zamożnej części) Anglii przyprawiały mnie momentami o gęsią skórkę. Rodzice praktycznie zaraz po pojawieniu się dziecka na świecie oddawali je w opiekę piastunkom, nianiom, potem guwernantkom. Takie dzieciaki rosły z dala od miłości rodzicielskiej,  mamę i tatę widywały tylko przez parę chwil w ciągu dnia, gdy ci łaskawie wyrazili na to chęć. Uczyły się więc szybko, że wystarczy przez ten krótki czas być idealnymi i kochanymi dziećmi, aby zamydlić rodzicom oczy i bezkarnie poniżać biedniejszych. Takie dzieci wyrastały potem na bezdusznych i bezrozumnych egoistów, którym wydawało się, że mogą każdego kupić i każdy powinien być wdzięczny za choćby krótkie spojrzenie. Oczywiście - trochę generalizuję, ale z wielu książek, które zdążyłam przeczytać, taki właśnie wyłania mi się obraz. I prawda jest taka, że i dziś można spotkać podobne modele wychowania. Ludzie popełniają podobne błędy także współcześnie - wciąż zabiegani za mnożeniem majątku, za karierą, za sukcesem zapominają o tym, co najważniejsze. Próbują kupić miłość swoich dzieci, prezentami wynagradzać nieobecność. Ale to złudne myślenie i niestety owocuje kolejnymi materialistami w tym okrutnie materialistycznym świecie.

Agnes Grey to naprawdę ciekawa książka, która zmusza do refleksji nad życiem, nad rodzicielstwem, nad wartościami... Czytało mi się ją dobrze i dała mi wiele przyjemności, ale żałuję bardzo, że autorka nie pokusiła się o rozbudowanie historii, rozwinięcie wątków. Bo mi tego angielskiego klimatu nigdy za wiele.

Moja ocena: +4/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MG.

środa, 3 października 2012

"Sklepik z niespodzianką. Adela" - Katarzyna Michalak


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Stron: 283

W ubiegłym roku niespodziewanie przyszła do mnie książka Sklepik z niespodzianką. Bogusia Katarzyny Michalak. Była to wygrana w konkursie, o którym dawno zapomniałam. Ba, nawet nie dostałam informacji, że udało mi się wygrać, więc radość była tym większa. Wtedy też za sprawą Sklepiku... po raz pierwszy miałam okazję spotkać się z twórczością pani Kasi. Bardzo polubiłam Pogodną i jej mieszkańców, i z niecierpliwością wyczekiwałam drugiego tomu serii z kokardką. Czekać musiałam bez mała rok, ale doczekałam się! Było warto. I...teraz znowu czekam. Na Lidkę.

Druga część Sklepiku z niespodzianką została poświęcona Adeli - energicznej, zaangażowanej społecznie oraz niezależnej finansowo i życiowo kobiecie około czterdziestki. Czytelnik poznaje bliżej tę niezwykłą bohaterkę, odkrywa jej dramatyczną historię i powody, dla których obecnie jest tak twarda, a momentami wręcz ostra. Mimo zabiegających o nią mężczyzn, mimo marmurów w łazience i jaguara przed domem Adela jest po prostu nieszczęśliwa. Dlaczego? Trochę dlatego, że stare rany wciąż odzywają się w jej sercu, trochę dlatego, że codziennie spotyka ludzi, którzy przywołują koszmary z przeszłości, ale przede wszystkim dlatego, że nie pozwala sobie na miłość. Boi się słabości, którą miłość przynosi. Ale przecież tak nie musi być. I być może okaże się, że dramatyczna diagnoza lekarska stanie się dla pani radnej nowym początkiem?

W Pogodnej dzieje się dużo. Powrót zaginionej żony Wiktora - Anny Potockiej - burzy spokój mieszkańców. Na wierzch wychodzą długo skrywane tajemnice. Odzywają się stare urazy. Dobre przyjaciółki będę skakać sobie do gardeł, a dawni wrogowie nawiążą wątłą nić porozumienia. Okazuje się nagle, że nawet osoby uważane za nieskazitelne, mają jakąś rysę na sumieniu. Nikt nie jest tu czarny ani biały i to jest silnie zaakcentowane przez autorkę. Każdy z bohaterów, jak każdy normalny człowiek - ma cechy, z których może być dumny, ale i cechy, których czasem jest wstyd przed samym sobą. Takie małe miasteczko, a tak wiele emocji...

Książka została napisana podobnie jak poprzednia część, a więc znajdzie się tu kilka różnych narracji. Historia biegnąca tu i teraz opisana za pomocą wszechwiedzącego narratora trzecioosobowego, do tego opowieści Adeli, których z zapartym tchem wysłuchują przyjaciółki podczas wieczornych spotkań, przemyślenia Adeli, które są zarezerwowane tylko dla niej (pełne wspomnień i refleksji) oraz kartki z kajetu pani Krystyny - nieżyjącej już cioci Adeli (przepisy na kąpiele i zerwistresy, czyli dzisiejsze peelingi pobudzają wyobraźnię!). Wszystko ze sobą gra, nic tu nie zgrzyta. Czyta się błyskawicznie, raz z uśmiechem na twarzy, raz ze łzami w oczach. Jak to w życiu. Bo przecież Kasia Michalak pisze życiowe książki.


Moja ocena: 5/6

Książką przeczytałam dzięki uprzejmości...mojego kochanego chłopaka. ;)

poniedziałek, 1 października 2012

"Przyszły niedokonany" - Hanna Cygler


Wydawnictwo: Rebis
Stron: 303

No i nadeszło długo oczekiwane spotkanie ze starymi znajomymi. Bo właśnie tak myślę o bohaterach serii Hanny Cygler. Za przyczyną książki Przyszły niedokonany po raz trzeci stałam się podglądaczem życia Zosi Knyszewskiej. Po przeczytaniu dwóch poprzednich części - Trybu warunkowego i Deklinacji męskiej/żeńskiej - miałam już wyrobione zdanie na temat twórczości autorki, a także znałam swoje odczucia wobec tej historii i jej bohaterów. Doskonale wiedziałam, czego się spodziewać i nic mnie właściwie nie zaskoczyło. Ale przecież wcale nie chciałam, żeby mnie zaskakiwano. Chciałam po prostu dowiedzieć się - co dalej?

A dalej działo się sporo, wszak Deklinacja męska/żeńska zakończyła się dość dramatycznie. Zdradzona Zosia uciekła od męża i od stolicy, aby odnaleźć wewnętrzny i zewnętrzny spokój w rodzinnym Gdańsku. I jak to u Hanny Cygler bywa - wszystko zaczęło się dziać bardzo szybko. Zosia poznała niezwykłego mężczyznę, który (po niezbyt dobrym pierwszym wrażeniu) oczarował ją zupełnie. Franek zadziwił kobietę niezłomnością zasad, dobrym sercem, oddaniem bliskim. A także ogromną wyobraźnią i biznesowym wyczuciem. I ten biznes wchłonął główną bohaterkę, która postanowiła pokazać (chyba najbardziej byłemu mężowi), na co ją stać. Została wspólnikiem Franka i jego przyjaciela Władka. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki czytelnik obserwuje powstawanie coraz to nowych inwestycji - na początek restauracji i hotelu. Zosia odnajduje się w nowej roli znakomicie. Czuje się pewna siebie i niezależna. Czy uda jej się nareszcie odnaleźć ten upragniony spokój? Właściwie tak, ale droga do niego będzie wyboista...

Zbliża się powoli nowe tysiąclecie, a życie niektórych bohaterów tej historii zmienia się diametralnie. Ktoś się zaręcza, ktoś inny rozwodzi. Młodzi dorastają i idą na studia, starsi wciąż próbują się wyleczyć ze starej miłości lub zawalczyć o nią. Bardzo spodobało mi się to, że autorka poświęciła sporo miejsca na przeżycia młodych (w poprzednich częściach wręcz dzieciaków) - Rafała (brata Zosi), Krzysia (syna Witka) i Weroniki (córki Marcina i Aliny). Historia zatoczyła trochę koło, bo właśnie ci młodzi doszli do wieku, w którym byli główni bohaterowie pierwszej części serii. Miło jest obserwować, jakie zmiany pozachodziły w tych dzieciakach, na kogo wyrośli.

Nie można odmówić autorce pomysłowości, bo rzeczywiście dostarczyła czytelnikom w trzeciej części wiele emocji, a bohaterów wystawiła na wiele prób. Książka mnie wciągnęła i przeczytałam ją praktycznie bez odrywania się. Nie opuszczało mnie jednak przez cały czas jakieś dziwne wrażenie, że tym razem chyba za bardzo poniosła panią Cygler wyobraźnia. Zbyt piękne i gładkie wydawało się to biznesowe tło. Utopia wręcz. Niemniej podczas czytania Przyszłego niedokonanego nie należy myśleć o prawdopodobieństwie, a po prostu przyjąć, że tak się to Zosiowe życie poukładało. Ach, no i ta Zosia... Kobieta prawie czterdziestoletnia, ale momentami zachowująca się jak nastolatka. Trochę zbyt idealistycznie potraktowana postać - wszystkich sobą zachwyca, wszyscy do niej ciągną, każdy facet chce ją zaciągnąć do łóżka. No ale dobra, niech i tak będzie. Bo przecież nie będę się wiele czepiać, skoro naprawdę polubiłam tych bohaterów, a podglądanie kilkunastu lat ich życia było dla mnie niezwykłą przygodą.

Moja ocena: -5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Domu Wydawniczego Rebis.

środa, 26 września 2012

"Lokatorka Wildfell Hall" - Anne Bronte


Tłumaczenie: Magdalena Hume
Wydawnictwo: MG
Stron: 525

Klasyka angielska, szczególnie ta dziewiętnastowieczna, to klimat, w którym czuję się najlepiej. Żaden ze mnie wielki znawca, ja po prostu z każdą książką zakochuję się coraz bardziej w tej literaturze. Gdy w blogosferze zaczęły się pojawiać recenzje Lokatorki Wildfell Hall (jak głosi okładka: "Nigdy dotąd niewydawana w Polsce powieść Anne Bronte!"), to po prostu wiedziałam, że muszę tę książkę przeczytać. A ponieważ recenzje były przeważnie pozytywne, a oceny wysokie, to miałam ogromne oczekiwania. Już na wstępie mogę szczerze przyznać, że książka Anne Bronte przeszła wszelkie moje oczekiwania! I chyba póki co będzie to moja ulubiona siostra-pisarka z klanu Bronte (co prawda narazie przeczytałam tylko Wichrowe wzgórza Emily Bronte i Dziwne losy Jane Eyre Charlotte Bronte), a w moim osobistym rankingu stać będzie nawet wyżej niż Jane Austen.

Lokatorka Wildfell Hall to historia niezwykłej kobiety, która postanowiła zawalczyć o siebie i przeciwstawić się narzuconym odgórnie zwyczajom i normom, co w ówczesnym jej świecie było próbą niemal samobójczą. Czytelnik początkowo poznaje całą historię z perspektywy Gilberta Markhama - młodego, trochę zbuntownego mężczyzny, który zostaje zauroczony przez nową, tajemniczą lokatorkę starego dworu. Helen Graham budzi w miasteczku wiele negatywnych emocji, gdyż nie zależy jej na integracji czy uznaniu mieszkańców. Broni własnej prywatności. Staje się w końcu ofiarą pomówień i niesprawiedliwych oskarżeń. A stający w jej obronie Gilbert sam doznaje chwili zwątpienia w kobietę. Mimo wszystko postanawia ona zaufać mężczyźnie i pozwala poznać swoją przeszłość - daje mu do przeczytania własny dziennik, którego dokładne przytoczenie stanowi mniej więcej połowę książki.

Dziennik Helen przenosi czytelnika o kilka lat wcześniej, gdy kobieta była jeszcze panną na wydaniu. Opisuje ona starania konkurentów o jej rękę, miłość do pana Huntingdona oraz wszystkie konsekwencje wynikające z przyjęcia oświadczyn. Początkowe zakochanie i zaślepienie staje się w obliczu rzeczywistości prawdziwym dramatem tej wcześniej silnej i pewnej siebie damy. Ostatecznie podejmuje ona najtrudniejszą decyzję - walkę. Walkę o lepsze jutro dla siebie i swojego syna.

Temat poruszony w Lokatorce Wildfell Hall wydaje mi się szalenie aktualny mimo swej dziewiętnastowiecznej oprawy. Wszak współcześnie również wiele kobiet przeżywa wielkie cierpienia w zaciszu domu, gdy "ten jedyny i ukochany" okazuje się zupełnie innym człowiekiem niż na początku. A życie z obiecywanej bajki przypomina ponurą tragedię. Strach przed postawieniem się, przed walką i niepewność jutra sprawiają, że kobiety tkwią nieraz w takich nieszczęśliwych związkach latami. Finansowe uzależnienie od męża, źle rozumiane dobro dzieci, a do tego wciąż istniejąca presja społeczeństwa - to wszystko nie służy podjęciu próby uwolnienia się. Ale to temat rzeka, więc zostawmy go.

Pięknie wymyśliła tę książką Anne Bronte. Piękną formę jej nadała: wpierw listy Gilberta do przyjaciela, potem dziennik Helen, który urywa się w momencie poznania tych dwojga, a następnie dalsze losy owej pary opisane znów przez Gilberta. Czyta się wyśmienicie, wręcz nie można oderwać się od tej historii (w moim przypadku było to o tyle kłopotliwe, że w tym samym czasie miałam do napisania część pracy magisterskiej...) i nawet nie odczuwa się tych ponad 500 stron! Jestem oczarowana tą historią i oczarowana stylem Anne Bronte. Już nie mogę doczekać się kolejnej jej książki, która leży na mojej półce...


Moja ocena: 6/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MG

oraz w ramach projektu Rozmawiajmy.




środa, 12 września 2012

"Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!" - Nick Vujicic


Tłumaczenie: Piotr Kwiatkowski
Wydawnictwo: Aetos 
Stron: 288


Prawdziwe historie zawsze najbardziej do mnie trafiają. Książki oparte na faktach działają intensywniej, głębiej. Moje spotkanie z bohaterem nie kończy się wtedy na przeczytaniu ostatniej strony. To jest dopiero początek naszej znajomości. Wertuję następnie Internet, wyszukuję wszelkie informacje o danej postaci, oglądam zdjęcia, filmy, filmiki. Staram się dowiedzieć jak najwięcej o człowieku, którego spotkałam przy okazji lektury. Z Nickiem Vujiciciem sprawa wyglądała nieco inaczej. Usłyszałam o tym niezwykłym człowieku dzięki jednemu z popularnych portali w sieci. Obejrzałam pierwszy film, potem drugi i…przepadłam. Po prostu nie mogłam zapomnieć. Nick siedział w mojej głowie i nie chciał opuścić myśli. Zrządzeniem losu dowiedziałam się, że napisał książkę. Serwis nakanapie.pl udostępnił mi ją, dzięki czemu mogłam dokończyć spotkanie. Jakie to było spotkanie w ostatecznym rozrachunku? Na pewno szczególne, momentami niełatwe, ale przede wszystkim - inspirujące.

Dla tych, którzy o autorze książki nigdy nie słyszeli, należy się parę zdań wstępu. Nick Vujicic urodził się trzydzieści lat temu jako pierworodny syn serbskich emigrantów, mieszkających w Australii. Na świat przyszedł doświadczony chorobą zwaną fokomelia – jest to schorzenie objawiające się niedorozwojem lub całkowitym brakiem kończyn. Będąc zupełnie zdrowym intelektualnie, a do tego bystrym i wrażliwym – Nick przez wiele lat nie mógł pogodzić się ze swoim losem. W wieku dziesięciu lat przeszedł silne załamanie psychiczne, którego efektem była próba samobójcza. Na szczęście dzięki kochającej i licznej rodzinie, a także silnej wierze w Boga, Nick odnalazł sens życia i pokochał to swoje życie takim, jakie jest.


Właśnie wiara okazała się dla autora książki wybawieniem. Nick zaufał Bogu i odnalazł życiowy cel. Tym celem stało się wspieranie, motywowanie i inspirowanie ludzi na całym świecie. Nick założył organizację „Life Without Limbs”, został mówcą motywacyjnym, podróżuje po wszystkich kontynentach, nawet w miejsca odległe i niebezpieczne. Przekazuje ludziom swoją energię, swoją siłę, daje rady, jak odnaleźć sens w życiu, jak życie uczynić lepszym. To człowiek, który może być wzorem dla każdego, ponieważ wbrew przeciwnościom losu i ograniczeniem własnego ciała prowadzi bardzo aktywne życie. Gra na perkusji, surfuje, pływa. A w tym roku nawet ożenił się z piękną i zupełnie pełnosprawną kobietą. Przekracza granice i łamie stereotypy. Żyje tak, jak mówi polski tytuł jego książki – Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!.


Książka autorstwa Nicka Vujicica jest jak rozmowa z nim. Nick mówi bezpośrednio do czytelnika, co sprawia wrażenie, jakby siedział obok i naprawdę opowiadał. Podzielono książkę na sporo rozdziałów i podrozdziałów, a każdy opatrzono stosownym tytułem. Jest przejrzyście i czyta się bardzo szybko. Czytelnik zostaje zapoznany z historią rodziny Nicka, ze wspomnieniami z jego dzieciństwa i stopniowej walki o samodzielność. Elementy biograficzne przeplatają się z przykładami postaw różnych osób, które autor spotkał na swej drodze oraz z konkretnymi radami dla czytających, dla poszukujących sensu, wiary, inspiracji.

Czytając tę książkę i poznając lepiej historię Nicka - wiele rzeczy zrozumiałam. Przede wszystkim dotarła do mnie banalna prawda o tym, że życie każdego człowieka jest ważne i jest po coś, choćby był pełen niedoskonałości. Trzeba doceniać drobne sprawy, patrzeć poza czubek własnego nosa, walczyć z ograniczeniami, szukać celu. Skoro Nick nawet bez kończyn jest osobą tak szalenie aktywną i daje tyle z siebie innym, to ile mogłabym zrobić ja, skoro jestem zdrowa? Po przeczytaniu książki było mi autentycznie wstyd za wszystkie moje narzekania, marudzenia i za lenistwo także. Wiele dobrego dostałam od Nicka i postaram się to wykorzystać w swoim życiu. Myślę, że jest to książka dla każdego – i dla niepełnosprawnych, którzy nie dostrzegają sensu życia obarczonego chorobą, i dla pełnosprawnych, którzy nie doceniają życia, nie dostrzegają możliwości, jakie daje życie wolne choroby, ale przede wszystkich dla tych, którzy utracili nadzieję, potrzebują motywacji, są zagubieni. Nie mam tylko pewności czy osoby nie wyznające wiary katolickiej odpowiednio odbiorą tę książkę, ponieważ nie da się ukryć, że cała jest przesiąknięta religijnymi odniesieniami. 


Na koniec chciałabym jeszcze podzielić się jednym cytatem, który najbardziej zapadł mi w pamięci i moim zdaniem dobrze oddaje ogólny charakter i główne przesłanie książki Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!:

Nie byłem kaleką, dopóki nie straciłem nadziei. 
Uwierz mi – utrata nadziei jest o wiele gorsza niż brak kończyn.


Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości serwisu nakanapie.pl



niedziela, 2 września 2012

A w duszy gra... [2]: Mela Koteluk

Ostatni tydzień minął mi z szybkością błyskawicy. Połowa dnia w biurze, a potem praca nad magisterką (napisanie pierwszego rozdziału na zaliczenie czwartego roku jak zwykle odwlekałam i teraz zrobiło się nerwowo...). Do tego czytanie książki Nicka Vujicica, którą dostałam do recenzji od portalu nakanapie.pl i ćwiczenia (tak, w końcu wzięłam się poważnie za odchudzanie!). Mam nadzieję, że jak już uporam się z magisterką, to wygospodaruję sobie więcej czasu na bloga. Dzisiejszy post jest po to, aby trochę się wytłumaczyć, trochę o sobie przypomnieć, ale przede wszystkim po to, aby opowiedzieć Wam o moim najnowszym muzycznym odkryciu. 


Co prawda refleks mam spóźniony, bo płyta tej artystki (Spadochron) wyszła w maju 2012 roku, a ja dopiero teraz o niej usłyszałam. Przyznam, że zakochałam się zupełnie w muzyce Meli Koteluk i zbliżające się urodziny wykorzystam na zdobycie oryginalnej płyty. Słucham teraz Meli na okrągło, a co najlepsze - już 7. października zagra ona w Toruniu! Nie mogę się doczekać. :)

Zachęcam Was do bliższego zapoznania się w twórczością tej młodej artystki. Dodam, że przed wydaniem własnej płyty śpiewała ona w chórkach u Gaby Kulki i zespołu Scorpions. Naprawdę warto!

sobota, 25 sierpnia 2012

Urodzinowo!


Naprawdę nie wiem, kiedy to zleciało, ale mój blog obchodzi dziś pierwsze urodziny. Pamiętam, ile miałam wątpliwości, gdy go zakładałam... Zastanawiałam się czy ktoś w ogóle będzie chciał czytać moje recenzyjki? Czy uda mi się wytrwać i nie porzucić bloga w połowie drogi? Na szczęście tak się nie stało, a ja bardzo polubiłam ten mój kawałek miejsca w blogosferze. Bo choć "Kawa, koc, książka" nie należy do blogów szczególnie popularnych czy aktywnych (mea culpa!), to nie zamierzam się tym martwić. Prowadzę tego bloga głównie dla siebie, żeby mieć mobilizację do czytania książek i zapisywania refleksji, które inaczej uleciałyby hen wysoko i może już nie wróciły. Wiele razy w tym roku robiłam przerwy, zaniedbywałam bloga i nie ujawniałam się w komentarzach u innych blogerów. Nie jestem z tego dumna. Ale wracałam, bo bez tego miejsca było mi smutno. 

Obiecałam sobie, że ten kolejny rok będzie lepszy. Zwalczę lenistwo, jesienne chandry i zimowe sny. Będę więcej czytać i więcej pisać. I może będę mogła gościć u siebie więcej osób? :) 

Dziękuję wszystkim tym, którzy odwiedzają i komentują (lub nie). :)

Bo fajnie jest prowadzić bloga!



PS. Zapraszam do odwiedzania strony mojego bloga na facebooku.

czwartek, 23 sierpnia 2012

"Mansfield Park" - Jane Austen


Tłumaczenie: Gabriela Jaworska
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Stron: 336

W tym roku moje wakacje nie należą do najbardziej udanych, ponieważ wymarzony wyjazd w Tatry musiałam odwołać. Na szczęście istnieją książki, a dzięki nim można wybrać się w najdalszą podróż. W ostatnich dniach udało mi się odwiedzić Mansfield Park i poznać tamtejszych mieszkańców. Przy okazji cofnęłam się do początku XIX wieku i po raz trzeci w swym życiu poddałam czarowi pióra Jane Austen. Ta autorka działa na mnie niezwykle kojąco i pozwala odciąć się od przyziemnych problemów. Już mam w planach kolejną jej powieść... Ale najpierw parę słów o Mansfield Park.

Główną bohaterką historii jest Fanny Price - dziewczynka z ubogiej rodziny, która w wieku dziesięciu lat opuszcza swój dom, aby zamieszkać z bogatym wujostwem. Początki nie są łatwe, gdyż dziecko wyrwane z  własnego środowiska, tak przecież innego od arystokratycznego Mansfield Park, czuje się opuszczone, osamotnione. Po prostu nieszczęśliwe. Szorstkość wuja, obojętność jednej ciotki, pogardliwe uwagi drugiej, a do tego wywyższające się kuzynki i starsi kuzyni - to zbyt wiele dla małej Fanny. Na szczęście znajduje  przyjaciela w Edmundzie, jednym z kuzynów, który staje się dla niej nauczycielem, oparciem, przewodnikiem. Stopniowo można zaobserwować, jak na łamach książki Fanny zmienia się w kobietę, wciąż co prawda delikatną, nieśmiałą i cichą, ale z coraz wyraźniej wyrobionymi poglądami i niezłomnymi zasadami. Ta niezłomność czyni ją silną i wyjątkową, jednak też wyobcowaną, gdyż trudno jej dopasować się do towarzystwa o bardziej wyzwolonym usposobieniu.

W Mansfield Park poznajemy wielu bohaterów, a dzięki Jane Austen wydają się nam dobrymi znajomymi. Znajomymi z XIX wieku, ale momentami bardzo współczesnymi - z wadami i przywarami, których nie powstydziłby się XXI wiek. Autorka stworzyła swego rodzaju mikrokosmos, dla którego reszta kraju czy toczące się wojny - jakby nie istnieją. A jeśli tak, to jedynie w tle. Liczy się tylko Mansfield Park i problemy jego mieszkańców. A są to problemy - trzeba zaznaczyć - związane oczywiście z uczuciami, z kwestią małżeństwa, także z pieniędzmi. Austen znakomicie oddaje charakter angielskiej klasy wyższej XIX wieku. Z obserwatorską dokładnością i mistrzowskim wyczuciem buduje klimat, którego nie da się z czymkolwiek innym porównać.

Przyznaję, że momentami Fanny mnie denerwowała swą biernością, uległością, pokornością. Panna Crawford była przy niej żywiołem, ale i kobietą na miarę współczesności. Ciotka Norris została przez autorkę chyba najlepiej przedstawiona - obłudna, ciekawska i niesamowicie irytująca kobieta. Po prostu ciotka z koszmarów. Tak groteskowa, że aż zabawna. Ona i rodzeństwo Crawfordów to chyba moje ulubione postaci, właśnie dlatego, że negatywne, ale i wyraziste, charakterne.

Powieści Jane Austen mają swój własny rytm. Nie znajdziemy tu wartkiej akcji, a raczej spokojny upływ czasu, oddany w stylu, dzięki któremu - nie wiedzieć kiedy - przenosimy się dwa stulecia w tył, a wszystko w sposób dziwnie naturalny. Wydarzenia następują powoli, autorka nie spieszy się, daje szansę na wsiąknięcie w poszczególne sytuacje. A także w uczucia i myśli Fanny, której czytelnik towarzyszy przez całą historię. Naprawdę lubię ten rytm i lubię ten styl. Dlatego trochę zawodzi zakończenie Mansfield Park. Zbyt skrótowe, zbyt pospieszne, zbyt podsumowujące. Liczyłam na coś więcej, ale może następnym razem? Niemniej to jedyna rzecz, do której mogę się ewentualnie przyczepić, bo generalnie jestem książką zachwycona, a Jane Austen utwierdziła się na pozycji jednej z moich ulubionych pisarek.

 Moja ocena: +5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zielona Sowa.


wtorek, 14 sierpnia 2012

Literatura angielska...

Wiem, że mamy jeszcze wakacje, a do października na szczęście wciąż w miarę daleko. Zaczęłam już jednak myśleć o egzaminie, który czeka mnie w styczniu - literatura powszechna. Do wyboru mam: literaturę klasyczną, rosyjską, francuską, niemiecką i angielską. Nie jest tajemnicą, iż najbliższa mi z nich wszystkich to angielska. Lista lektur jest zróżnicowana i podejrzewam, że nie wszystkie pozycje przypadną mi do gustu, niemniej mam nadzieję, że czytanie większości będzie czystą przyjemnością. Wklejam tu całą listą i jestem ciekawa, co znacie z tego zbioru? Co wspominacie dobrze, a do czego nie chcecie nigdy wracać? Ja czytałam jedynie Szekspira (większość dramatów, sonety niekoniecznie), Dumę i uprzedzenie, Jane Eyre, Wichrowe wzgórza i Pigmaliona. Becketta kilka dramatów też, ale akurat nie Ostatnią taśmę Krappa. Do znanych tytułów przyjdzie mi pewnie powrócić ze względu na egzamin i choć nie jest to moim zwyczajem, to cieszę się. Szczególnie na ponowne spotkanie z Jane Austen i siostrami Bronte. Swoją drogą - jestem w trakcie czytania Mansfield Park i co tu dużo mówić... Po prostu to mój ulubiony klimat!


Literatura angielska - egzamin:
- Geoffrey Chaucer  Opowieści kanterberyjskie (2 wybrane + Prolog)
- William Szekspir - wybrane Sonety, Burza
-John Donne i George Herbert (wiersze wybrane)
- John Milton  Raj utracony (I, II księga)
- Jonathan Swift  Podróże Gullivera
- Henry Fielding  Tom Jones
- Laurence Sterne  Tristram Shandy
- William Blake  Pieśni niewinności I doświadczenia (wiersze wybrane)
- Samuel Taylor Coleridge  Rym sędziwego marynarza
- William Wordsworth  Tintern Abbey
- Jane Austen  Duma i uprzedzenie
- Percy Bysshe Shelley  Oda do wiatru zachodniego
- John Keats  Oda do greckiej urny
- Charles Dickens  - wybrana powieść
- Charlotte Bronte  Dziwne losy Jane Eyre
- Emily Bronte  Wichrowe wzgórza
- Thomas Hardy  Tessa d'Urberville
- Alfred Tennyson  In Memoriam (wybrane fragmenty)
- George Bernard Shaw  Pygmalion. Romans w pięciu aktach
- William Butler Yeats  Żeglując do Bizancjum
- James Joyce  Portret artysty z czasów młodości
- Virginia Woolf  Do latarni morskiej
- David Herbert Lawrence  Zakochane kobiety
- T.S. Eliot  Ziemia jałowa
- Aldous Huxley  Nowy wspaniały świat
- Harold Pinter  Urodziny Stanleya
- William Golding  Władca much
- Samuel Beckett  Ostatnia taśma Krappa
- Ted Hughes (wiersze wybrane)
- Seamus Heaney (wiersze wybrane)
- Kazuo Ishiguro  Okruchy dnia