niedziela, 23 grudnia 2012

Wesołych Świąt!


Moi Drodzy,

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia 
pragnę Wam życzyć, 
aby udało Wam się spędzić ten wyjątkowy czas z najbliższymi,
aby wszelkie urazy odeszły na bok, a duma została schowana do kieszeni.
Niech to będą dni pełne refleksji, radości i rodzinnego ciepła.

No i oczywiście - wielu cudownych książek pod choinką!

Wesołych Świąt!


PS. Zdjęcie co prawda pochodzi z sieci, ale ten bobas przypomina trochę moją Pyzunię. :-)

niedziela, 16 grudnia 2012

"Intryga i namiętność" - Rosemary Rogers


Tłumaczenie: Barbara Ert-Eberdt
Wydawnictwo: Mira & Harlequin
Stron: 396

Pewnie jako studentka polonistyki powinnam wystrzegać się takich książek. Pewnie wypadałoby czytać tylko podniosłą literaturę, wielkie dzieła, wielkich twórców. Pewnie nie powinnam w gronie znajomych z roku przyznawać się do sympatii do romansów historycznych. Pewnie i tak, ale co mi tam. Lubię sobie czasem poczytać romanse. Lubię pobujać w obłokach. Lubię odpocząć od wymyślnej fabuły, misternej konstrukcji czy wielce poetyckiego/oryginalnego języka. Bo czasem wolę, żeby było prosto i zwyczajnie. Żeby dało mi chwilę wytchnienia i przyjemności. Żeby nie wywracało do góry nogami mojego światopoglądu i nie wstrząsało fundamentami mojego świata i wyobrażeń o nim. Nie. Czasem miło jest pozwolić poddać się książce, która może nie świadczy o mym wyrafinowanym guście, ale o jego zróżnicowaniu i braku ograniczeń. Ot i tyle!

Rosemary Rogers zabiera czytelników w niezwykłą podróż do Anglii i Rosji z początku XIX wieku. Pokazuje świat pełen intryg, zdrad, zbrodni, ale i...namiętności. Świat, w którym prawdziwa miłość pojawia się rzadko, a gdy już się pojawi, to trudno się do niej przyznać. Nawet przed samym sobą. Szczególnie tak hardemu człowiekowi jak Edmond, który nigdy nie pozwalał sobie na słabość bycia zakochanym. Do czasu aż poznał Briannę.

Historia oparta jest właściwie na dość klasycznym koncepcie, znanym choćby z telenowel. Stefan i Edmond to bracia bliźniacy, których z wyglądu odróżnić ciężko, ale charakterologicznie - nie sposób pomylić. Stefan z racji starszeństwa (o kilka minut) został w Anglii jako książę. Rządzi uczciwie, sprawiedliwie, jest człowiekiem spokojnym, ułożonym, budzącym ogólny szacunek i sympatię. Niestety bywa też naiwny. Edmond tymczasem mieszka w ojczyźnie matki - Rosji - gdzie dba o bezpieczeństwo cara. To mężczyzna bystry, przenikliwy, momentami bardzo ostry, ogromnie odważny, a do tego nie stroniący od różnych używek i korzystający aktywnie z wdzięków pięknych dam. I choć widać tu z początku stereotypowy podział na dobrego i złego brata, to na szczęście dalej okazuje się, że dla autorki nic nie jest wyłącznie czarne czy białe. Edmond bardzo kocha Stefana i gdy dociera do niego wiadomość o zagrożeniu życia brata - nie waha się ani chwili i wyjeżdża do Anglii. Tam wymyśla plan: zamierza udawać księcia, aby dorwać zamachowców. Nie spodziewa się jednak, że spotka po latach współtowarzyszkę dziecięcych zabaw, a dziś piękną, pociągającą, ale i temperamentą kobietę - Briannę. Nie spodziewa się, że to spotkanie zupełnie odmieni jego życie. Oczywiście początkowo będzie wmawiał sobie, że to tylko kolejna "zdobycz", ale szybko zrozumie, że to coś więcej...

Akcja biegnie wartko, dzieje się naprawdę dużo. Rosemary Rogers nie pozwala czytelnikowi nawet na moment nudy. Uczucie między głównymi bohaterami staje się coraz bardziej gorące, ale i bardziej skomplikowane (dość powiedzieć, że chętnie u swego boku widziałby Briannę sam Stefan!). Kwestia zamachów na życie księcia okazuje się o wiele bardziej złożona, niż Edmond początkowo zakładał, wskutek czego przyjdzie mu popłynąć do Rosji...oczywiście z niepokorną blond pięknością. Intrygująca fabuła (z historycznym tłem, ale nie wnikam czy historycznie poprawna czy ubarwiona - pewnie to drugie) to jeden z elementów, który przemawia za tą książkę. Drugim są moim zdaniem portrety bohaterów, szczególnie Edmonda. Widać jak ta postać ewoluuje na kolejnych stronach, jak odsłania coraz więcej. Z wierzchu twardziel, chwilami brutal, ale w środku - cierpiący i samobiczujący się chłopiec. I do tego piekielnie przystojny, jeśli wierzyć autorce. Cóż - wcale się nie dziwię Briannie, że miała problem z koncentracją w towarzystwie Edmonda.

Na zakończenie pozostaje chyba tylko dodać, że książkę czyta się bardzo szybko, jest napisana prostym językiem, ale ładnym. Osobiście nie czułam tych ubywających stron, a gdy dotarłam do ostatniego zdania - było mi nawet trochę smutno. Smutno, że to już koniec tej bajkowej i nierealnej historii pełnej intryg i namiętności.


Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Mira & Harlequin.

niedziela, 9 grudnia 2012

"Tak to się kończy" - Kathleen MacMahon


Tłumaczenie: Ewa Pater
Wydawnictwo: Bukowy Las
Stron: 375

Bo tak to już jest z tą miłością, że przychodzi wtedy, gdy najmniej się jej spodziewamy. I nieważne czy masz lat piętnaście, czy pięćdziesiąt - miłość to miłość. Działa bez zasad, czasem bez granic, przeważnie wbrew rozsądkowi. Addie i Brunonowi - głównym bohaterom Tak to się kończy - miłość się po prostu przytrafiła. Każde z nich było już po różnych życiowych przejściach, wszak ludzi czterdziesto- i pięćdziesięcioletnich nie można nazwać niedoświadczonymi podlotkami. Nie planowali tego związku, nie planowali takiego uczucia. Ale uczucie przyszło samo, zadomowiło się na dobre i zostało już do końca.

Tak to się kończy do debiutancka powieść Kathleen MacMahon - irlandzkiej dziennikarki telewizyjnej i radiowej. Akcja książki została umiejscowiona - co wcale nie dziwi - w Irlandii. Jest jesień 2008 roku, zbliżają się wybory w Stanach Zjednoczonych, a Bruno - były finansista, zagorzały zwolennik Baracka Obamy - postanawia tę wyborczą gorączkę przeczekać w ojczyźnie ojca, więc wyjeżdża do Irlandii. To pierwsza podróż mężczyzny do tej ziemi, dlatego pragnie podążyć śladami ojca, poznać jego rodzinę, bliskie mu miejsca i uzupełnić pełne luk drzewo genealogiczne. Addie okazuje się jego krewną, jednak na tyle dalekiego stopnia, że związek nie budzi kontrowersji. Kobieta przechodzi akurat trudny czas w życiu (rozstanie z poprzednim partnerem, osobisty dramat i utrata pracy), a do tego ma na głowie Hugh - ojca (i jego dwie ręce w gipsie) o charakterze co najmniej niełatwym. 

Historia biegnie dość spokojnie, bohaterowie zakochują się w sobie coraz bardziej, Obama wygrywa wybory, Bruno nie wspomina o wyjeździe, Addie nie pyta. Gdzieś po drodze wychodzi na jaw kilka rodzinnych tajemnic, mówi się trochę o procesie wytoczonym Hugh, który jest lekarzem. I niby jest dobrze, ale w powietrzu od początku coś "wisi". Właściwie bardzo szybko czytelnik domyśla się, że nie będzie "happy endu". I rzeczywiście - po przewróceniu ostatniej strony zaskoczenia nie ma. Bo to prawdę mówiąc zupełnie prosta opowieść. Całkowicie przewidywalna. Ładnie została ukazana miłość ludzi dojrzałych, ale - jak dla mnie - bez większych wzruszeń. Zakończenie powinno pewnie mnie skłonić do uronienia choć jednej łzy, jednak nic podobnego nie miało miejsca. Może po prostu zbyt wiele o podobnych zakończeniach słyszymy w życiu codziennym? Może gdyby była to historia na faktach? Kto wie. Główni bohaterowie w moim odczuciu są dosyć bezbarwni, nijacy. Za najciekawszą postać (posiadającą skrajny charakter, kryjącą najwięcej tajemnic, budzącą różne emocje) należy uznać Hugh. Osobiście przywiązałam się do niego i do Loli - ukochanej suczki Addie. Czuję też niedosyt w kwestii drzewa genealogicznego, którym zajmował się Bruno. Naprawdę liczyłam na jakieś spektakularne odkrycie, a mam wrażenie, że ten wątek jakoś tak się rozmył...

Mimo wszystko uważam, że to całkiem ciekawa książka. Taka w sam raz na długie jesienno-zimowe wieczory. Być może ze mną jest jakiś problem i chwilowo trudno mi się wzruszyć (chociaż ostatnio wzruszyłam się na końcówce filmu Sposób na teściową...), a dla kogoś innego Tak to się kończy może kryć mnóstwo powodów do wzruszeń i wzbudzić niezwykłe emocje. Niemniej należy podkreślić, że książka została bardzo dobrze napisana - ładnym językiem, czyta się ją z prawdziwą przyjemnością. Narracja jest trzecioosobowa, a kolejne akapity pozwalają patrzeć na akcję z perspektywy poszczególnych postaci i poznać ich myśli oraz uczucia. Lubię takie dopracowane lektury, w których słowo traktuje się z szacunkiem, a historia przez to wręcz płynie.

Moja ocena: 4/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Bukowy Las.

sobota, 1 grudnia 2012

Listopadowe zdobycze na zimowe wieczory

Zaczął się grudzień... Uwierzycie w to? Ja trochę nie mogę. Naprawdę nie wiem, kiedy minął ten listopad. A po narodzinach Niki to już w ogóle czas przyspieszył... Maleńka skończyła trzy tygodnie, a ja każdego dnia zakochuję się w niej coraz bardziej. I teraz wszystkie wizyty w księgarni kończą się w dziale dziecięcym. Mam z tego ogromną frajdę! Póki co nie kupuję, tylko oglądam. Liczę po cichu na to, że moja bratanica odziedziczy po cioci miłość do książek. Ciocia już się o to postara... :-) 

A teraz parę słów na temat moich listopadowych zdobyczy. Listopad nie był dla mnie zbyt płodny czytelniczo, ale za to w kwestii nowości na półce - bardzo. Zobaczymy, jaki będzie ten grudzień...


 Od dołu:

  • Dziewczęta z Szanghaju Lisa See - z fantastycznej promocji w Weltibildzie: nie dość, że książki były po 9.90zł, to jeszcze co czwarta za 1.00zł!
  • Intryga i namiętność Rosemary Rogers - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Mira/Harlequin.
  • Krawcowa z Madrytu Maria Duenas - kolejna zdobycz z Weltbildu; dużo pozytywnych recenzji tej książki czytałam, dlatego spodziewam się literackiej uczty.
  • Na plebanii w Haworth Anna Przedpełska-Trzeciakowska - i znów Weltbild; biografia rodziny Bronte, prawdziwa perełka dla miłośników twórczości sióstr-pisarek, czytam sobie powoli, nigdzie się nie spieszę.
  • Pewnego dnia Emily Giffin - przeczytane i zrecenzowane.
  • Tak to się kończy Kathleen MacMahon - egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Bukowy Las; właśnie czytam, recenzja już w poniedziałek.
  • Prawie w domu Pam Jenoff - ostatnia zdobycz z Weltbildu, zakup w ciemno (ujęła mnie okładka...).
  • Opactwo Northanger Jane Austen - kolejna powieść Jane upolowana za 10zł w taniej książce.
  • Wiśniowy Dworek Katarzyna Michalak - a to moja największa radość z tego stosiku: wygrana w konkursie recenzenckim na blogu autorki; nie mogę się doczekać, aż zacznę czytać!

Myślę, że czeka mnie wiele cudownych chwil z powyższymi tytułami. Ciekawa jestem - czy coś już czytałyście z tej listy? A może macie na półce i czekacie na właściwy moment? Podzielcie się wrażeniami! :-)

A tymczasem: udanego weekendu!

niedziela, 25 listopada 2012

"Profesor" - Charlotte Bronte

 

Tłumaczenie: Katarzyna Malecha 
Wydawnictwo: MG 
Stron: 312

Za każdym razem, gdy sięgam po kolejną pozycję z twórczości sióstr Bronte lub Jane Austen, odczuwam ogromną radość. Radość, którą można porównać z powrotem w stare, dobrze nam znane i przyjazne miejsce. Przy tych dziewiętnastowiecznych historiach odpoczywam, zapominam o realnych troskach, uspokajam się. Ich szczególny rytm pomaga w wyciszeniu się. I choć jeden tytuł zachwyca mnie bardziej, a drugi mniej - to do każdego mam ogromny sentyment. Postanowiłam sobie już jakiś czas temu, że przeczytam całą bronteowską i austenowską twórczość oraz stopniowo zapełnię nią biblioteczkę, aby kiedyś móc do tych historii powrócić. Wtedy wystarczy, że podejdę do półki i ściągnę z niej wybrany tytuł. Na przykład Profesora, którego ostatnią stronę niedawno przewróciłam...

Profesor to debiutancka powieść najstarszej z sióstr Bronte - Charlotte. Utwór został wydany po śmierci autorki, natomiast polskojęzycznym czytelnikom dane było się z nim zapoznać dopiero w 2012 roku. Dla mnie było to piąte spotkanie z twórczością znanego rodzeństwa i od razu szczerze przyznam, że wysoka pozycja Wichrowych Wzgórz Emily Bronte oraz Lokatorki Wildfell Hall Anne Bronte w mym własnym odczuciu pozostaje niezachwiana. W Profesorze historia jest mniej ciekawa niż bym oczekiwała, postaci nieco papierowe, pełne stereotypów, a wątek miłosny - trochę naciągany. Nie zmienia to jednak faktu, że czytałam tę książkę z niemałą przyjemnością i cieszę się, że mam ów tytuł w swych zbiorach. Zdaję sobie sprawę, że był to debiut Charlotte i poza tym - jako brontemaniaczka - mam dla moich ulubionych autorek wiele wyrozumiałości.

Głównym bohaterem książki uczyniła pisarka - co ciekawe - mężczyznę. William Crimsworth to młody człowiek, który szuka swojego miejsca w świecie. Nie wie za bardzo, co chce robić. Nie ma też oparcia w rodzinie, bo rodziców stracił w dzieciństwie, wujowie odwrócili się od niego po odrzuceniu oferty pracy i zamążpójścia, a starszy brat, do którego udaje się pełen nadziei - okazuje się oschłym, despotycznym i nieczułym człowiekiem. Znajomość z niezwykle cynicznym, ale i pomocnym jegomościem o nazwisku Hunsden okazuje się dla bohatera przepustką do lepszego życia. Wyjeżdża do Brukseli, gdzie otrzymuje posadę nauczyciela języka angielskiego w szkole dla chłopców i sąsiedniej szkole dla dziewcząt. Przełomowym momentem stanie się dla niego spotkanie z Frances Evans Henri - skromną i wrażliwą uczennicą o angielsko-szwajcarskich korzeniach. Między tym dwojgiem zacznie się rodzić powoli uczucie - troszkę mdłe, pozbawione porywów i rumieńców. Ale jak mamy wierzyć - prawdziwe.

Tak się akurat złożyło, że jestem w trakcie czytania biografii poświęconej rodzinie Bronte - Na plebanii w Haworth Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej. Czytam sobie niespiesznie, mniej więcej po rozdziale dziennie. Lektura jest w moim odczuciu fantastyczna - to znakomite uzupełnienie twórczości trójki pisarek. Gdy zaczynałam Profesora, to byłam świeżo po zapoznaniu się z brukselskim etapem w życiu Charlotte i Emily - a w szczególności Charlotte. Debiut najstarszej siostry zawiera autobiograficzne wątki, które są (w pewnym stopniu oczywiście) odzwierciedleniem jej przeżyć na Starym Kontynencie. Przeżycia te silnie odcisnęły się na jej zdrowiu, jak i twórczości. Mówiąc wprost - autorka przeszła zawód miłosny. Obdarzyła uczuciem swego nauczyciela, który był mężem kierowniczki szkoły; szkoły, w której przyszło jej się uczyć, a potem pracować. Postać Crimsowortha nawiązuje więc do profesora Hegera, którego Charlotte idealizowała. Mademoiselle Reuter (szefowa pensji dla dziewcząt) to odpowiednik żony Hegera - zdemonizowany w oczach autorki. Natomiast skromna Frances Henri miała posiadać cechy samej Charlotte. Wiedząc to wszystko jeszcze przed przystąpieniem do czytania, miałam nadzieję na jakąś kontrowersyjną i łamiącą konwenanse historię. Niestety dostałam dość powierzchowną opowieść, a jedynym bohaterem, który wzbudził moją sympatię, był niezastąpiony cynik i prześmiewca - Hunsden.

Na koniec pozostaje mi dodać, że Profesora czyta się szybko - oczywiście tym, którzy lubią podobny styl. Niektóre fragmenty były co prawda przydługawe i przynudnawe, ale mnie to jakoś szczególnie nie raziło. Książka (jak i wszystkie poprzednie, które miałam szansę przeczytać) jest pięknie wydana, za co ukłon w stronę Wydawnictwa MG. Charlotte Bronte zdążyła napisać najwięcej powieści z całej trójki sióstr-pisarek. Póki co jednak - nie będzie moją ulubioną siostrą. Ale ma jeszcze szansę to zmienić, gdyż przede mną Shirley oraz Villette. Nie mogę się doczekać!

Moja ocena: +4/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MG

oraz w ramach projektu Rozmawiajmy.


niedziela, 18 listopada 2012

Top 10: Książki, które chcielibyśmy otrzymać w prezencie

 

Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu.

Dziś przyszła pora na... Książki, które chcielibyśmy otrzymać w prezencie!


Bardzo podoba mi sie najnowsza TOPka, dlatego i ja postanowiłam zamieścić własną listę życzeń do "Mikołaja". Oczywiście najchętniej dodałabym więcej tytułów, ale niestety trzeba się ograniczyć do tych dziesięciu (sprytnie umieściłam dwie serie, ale może "Mikołaj" nie zauważy, tylko ćsiii...).

1. John Irving W jednej osobie

2. J.K. Rowling Trafny wybór

3. Kerstin Gier Trylogia Czasu

4. Elżbieta Cherezińska Korona śniegu i krwi

5. Diane Chamberlain Tajemnica Noelle

6. Stieg Larsson Trylogia Millennium

7. Jan Jakub Kolski Egzamin z oddychania

8. Malina Prześluga Ziuzia

9. Alan Hollinghurst Obce dziecko

10. Łukasz Maciejewski Aktorki. Spotkania

Święta już niedługo, więc mam nadzieję, że któraś z powyższych książek zagości na mojej półce. Póki co czytam sobie spokojnie i niespiesznie Na plebanii w Haworth, a dziś zaczynam także Profesora.

Swoją drogą - ostatnio mam problem z "ogarnięciem się". Zasypiam w środę, budzę się, a tu niedziela. Czas dziwnie przyspieszył i ciągle jestem z czymś do tyłu. Też tak macie? Błagam, powiedzcie, że tak... :-)

czwartek, 15 listopada 2012

A w duszy gra... [4]: Hey

 

Gdy ktoś pyta mnie o ulubiony zespół czy ulubioną wokalistkę odpowiadam bez namysłu - Hey, Kasia Nosowska. Bo choć słucham naprawdę wielu rzeczy, różnych gatunków, czasem kompletnie odmiennych, to pewne miłości są u mnie stałe. Kaśkę N. kocham miłością absolutną już od dekady. Każda jej nowa płyta - czy to z Hey'em, czy solowa - jest dla mnie wielkim wydarzeniem. Lecę do sklepu w dniu premiery i cieszę się jak dziecko. Rzadko kupuję oryginalne płyty, ale w przypadku Kaśki nie umiem inaczej. Tak samo nie umiem oprzeć się pokusie pójścia na koncert, gdy akurat odbywa się w moim mieście (a raczej miastach: Poznaniu lub Toruniu). Płytę mam od ponad tygodnia, przesłuchałam ją niezliczoną ilość razy. I tak - lubię ją. Poznaję, smakuję powoli. Stopniowo wyławiam poszczególne piosenki, wsłuchuję się w tekst. Moim zdaniem jest zupełnie inna niż MURP, dużo bardziej...optymistyczna? Sama nie wiem. Może dzięki dzisiejszemu koncertowi (już za kilka godzin!!) poczuję wyraźniej, co Kaśka chce przez tą płytę przekazać. Tradycyjnie spróbuję zająć miejsce pod samą sceną, naprzeciw głównego mikrofonu i będę cieszyć się każdą minutą koncertu...

Do Rycerzy, do Szlachty, doo Mieszczan to dziesiąty studyjny album Hey. 
Jedną z moich ulubionych piosenek jest (póki co) Wilk vs. Kot:


***

PS. Mam dziś szczęśliwy dzień - nie dość, że wieczorem koncert Hey, to jeszcze udało mi się wygrać dwie książki na blogu Kasi Michalak - Wiśniowy Dworek i Mistrza!!! Ale się cieszę!

PS2. Na koniec dodam tylko, że zupełnie oszalałam na punkcie Niki - mojej bratanicy! Jest cudowna! ;)))

sobota, 10 listopada 2012

Liebster Blog - a jakże!

 

W dzieciństwie byłam fanką tzw. "złotych myśli", a ponieważ akcja "Liebster Blog" poniekąd mi się z tym kojarzy, to postanowiłam wziąć w niej udział. 
Zostałam zaproszona do zabawy przez autorki dwóch blogów: http://postmeridiem1.blogspot.com i http://skrzatowisko.blogspot.com
Dzięki, dziewczyny!

Zasady

"Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za dobrze wykonaną robotę. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."


Pytania od Post Meridiem:

1. Najlepsza wakacyjna przygoda?  
odp. Rysy podczas obozu wędrownego w 2007 roku.
2. Najbardziej radosne wspomnienie?
odp. Gdy dowiedziałam się o narodzinach bratanicy.
3. Ulubiona książka?
odp. Nie ma takiej. Ale wszystkie książki, które dostały ode mnie szóstkę były świetne i na dany moment ulubione.
4. Uważam, że ważne jest, aby…
odp. ...dbać o więzy rodzinne i nie unosić się dumą.
5. Co chciałabyś osiągnąć?
odp. Tak najbardziej? Chciałabym...być kiedyś fajną mamą.
6. Czego się boisz?
odp. Straty bliskich przede wszystkim. Ale też wody (baseny, jeziora, morze) i...kur!
7. W jakim miejscu najbardziej lubisz czytać?
odp. Na swoim łóżku, pod ciepłym kocem.
8. Czego nie lubisz?
odp. Wstawać przed siódmą, chamstwa na drodze oraz publicznych wystąpień.
9. Czego nigdy nie odważyłabyś się zrobić?
odp. Skoczyć do basenu, złapać żywą kurę w ręce, wyjechać samotnie na inny kontynent.
10. Ulubione zwierzę?
odp. Mój psiun, to jasne!
11. Najlepsza muzyka to…
odp. ...taka, która dotyka duszy. Ostatnio udało się to po raz kolejny Kasi Nosowskiej, ale o tym w następnym poście!
 
Pytania od Skrzata:

1. Książkowe objawienie roku?
odp. Siostry Bronte - jako całość.
2. Czym lubisz ozdabiać mieszkanie?
odp. No jak to? Nowymi książkami!
3. Boże Narodzenie czy Wielkanoc? Dlaczego?
odp. Boże Narodzenie - bo nastrój, bo pierniki, bo choinka, bo kolędy, bo...
4. Jakie stereotypy denerwują Cię najbardziej?
odp. Głupie i niesprawiedliwe.
5. Twój ulubiony serial?
odp. No cóż - jestem serialowym maniakiem... Dlatego trochę ciężko mi wybrać, bo wiele seriali lubię i oglądam, ale chyba od dłuższego czasu Chirurdzy są moim numerem jeden. Jednak ukochanym serialem pozostanie nieśmiertelna Magda M.
6. Z jaką fikcyjną postacią chciałabyś spędzić jeden dzień?
odp. Sama nie wiem... Może z Bridget Jones? ;)
7. Możesz wybrać tylko jedno wydarzenie z przeszłości, jakie chciałabyś zobaczyć – co by to było?
odp. Ponieważ nic wyjątkowego nie przychodzi mi do głowy, to myślę sobie, że dobrze by było zobaczyć na żywo spektakl Swinarskiego pt. Fantazy, o którym piszę (niezwykle opornie) magisterkę...
8. Ulubiony dziennikarz – prasowy/telewizyjny/radiowy?
odp. Nie jestem fanką dziennikarzy. Ale lubię Wojewódzkiego i Hołownię (nie bezkrytycznie).
9. Gdzie najczęściej kupujesz książki?
odp. Chyba w Empiku. No i w sieci.
10. Z jaką myślą wstajesz codziennie rano?
odp. Kawy, kawy, kawy...
11. -

Postanowiłam jednak nagiąć zasady i nie publikować własnych pytań. Przyznaję - trochę z lenistwa. Jestem po dzisiejszych imieninach mamy tak padnięta, że ciężko u mnie z kreatywnością. Chciałam jednak poodpowiadać na pytania dziewczyn, żeby nie wyjść na niegrzeczną.

Na koniec pragnę podzielić się z Wami cudowną wieścią. URODZIŁA MI SIĘ DZIŚ BRATANICA! Jestem przeszczęśliwa, bo to Maleństwo było niesamowicie wyczekiwane w naszej rodzinie. W przyszłości na pewno na tym blogu pojawią się jakieś recenzje książek dla dzieci - sami rozumiecie. ;)

wtorek, 6 listopada 2012

"Pewnego dnia" - Emily Giffin


Tłumaczenie: Martyna Tomczak
Wydawnictwo: Otwarte
Stron: 480

A więc dobrze, nie będę owijać w bawełnę. Przyznaję się - jestem zdeklarowaną fanką Emily Giffin. Każda jej kolejna książka to dla mnie wielkie wydarzenie i wielka radość. Mam wszystkie na swojej półce. Przeczytałam je przeważnie w jeden wieczór (i noc), gdyż jak już zaczęłam, to po prostu nie mogłam się oderwać. To stała tendencja i nie poradzę nic na to, że z taką łatwością poddaję się historii wymyślonej przez autorkę. Może to i są babskie czytadła (zdaniem niektórych nie najwyższych lotów, z czym się zupełnie nie zgadzam!), może nawet chwilami bardzo nierealne i może nie zmienią czyjegoś życia. Dla mnie są jednak zawsze ogromną przyjemnością, odnajduję w nich siebie, swoje dylematy, lęki oraz wątpliwości (mimo kompletnie innych realiów), dostaję odpowiedzi, których szukałam. A to za sprawą niezwykłej zdolności autorki - wnikania w kobiecy umysł i serce. Zdanie z okładki: "Nikt nie rozumie Cię lepiej, niż Emily Giffin" brzmi może banalnie, ale w moim przypadku często się potwierdza. Niemniej podkreślam - to subiektywne odczucie i zrozumiem, jeśli komuś z giffinowskim klimatem będzie nie po drodze.

Pewnego dnia wyróżnia się na tle poprzednich książek tym, że najważniejsza okazuje się tu nie relacja damsko-męska i różne miłosne zawirowania (które oczywiście też się pojawiają), a relacja między matką i córką. Marianne była złotym dzieckiem, ukochaną jedynaczką, z zaplanowaną przyszłością, wielkimi ambicjami i równie wielkimi możliwościami. Jedna, upalna noc wywróci jej życie do góry nogami. Krótko przed studiami dziewczyna zajdzie w ciążę, urodzi dziecko, odda je do adopcji. Wszystko w sekrecie przed całym światem. Osiemnaście lat później będzie już uznaną producentką i scenarzystką, mieszkającą w pięknym apartamencie na Upper East Side, spotykającą się z przystojnym, bogatym i sławnym mężczyzną. I nagle w tej bajce pojawia się Kirby - pełnoletnia córka Marianne, która postanowiła odszukać biologiczną matkę. Sekret wychodzi na jaw. Czy bohaterowie poradzą sobie z jego ciężarem?

Giffin zastosowała w najnowszej książce zabieg znany z jej poprzednich utworów. Rozdziały naprzemiennie nazwano imionami głównych bohaterek, a narracja i perspektywa zostały podwojone. Ja bardzo lubię ten właśnie zabieg, bo pozwala spojrzeć na problem szerzej, a oddanie głosu obu stronom wydaje się zawsze cenne.  Autorka pozwala mówić swoim postaciom o wszystkim, co je trapi i boli. Dlatego nie dialogi rządzą powieściami amerykańskiej pisarki, a właśnie swobodnie pojęte "wypowiedzi wewnętrzne" - wspominanie, analizowanie, przeżywanie. Czytałam kiedyś książkę, która opierała się w większości na dialogach i pamiętam, że miałam jakieś poczucie pustki w tej historii. W utworach Emily Giffin owej pustki nie znajduję.

Na koniec jedynie dodam, że Pewnego dnia czytało mi się świetnie. Stylowi i językowi autorki chyba nie można nic zarzucić (ani polskiemu tłumaczeniu). Bohaterowie są barwni, historia wciągająca, a zakończenie otwarte. Co prawda ta książka nie stanie się moją ulubioną w twórczości Giffin - mimo wszystkich zalet "czegoś" mi brakowało... Czego? Nie umiem powiedzieć. Może właśnie tego bardziej rozbudowanego wątku miłosnego (niepoprawna romantyczka się we mnie odzywa...)? W każdym razie - naprawdę miło spędziłam czas przy czytaniu tej książki i teraz czekam na kolejną!

Moja ocena: -5/6

niedziela, 4 listopada 2012

"Małe kobietki" - Louisa May Alcott


Tłumaczenie: Anna Bańkowska
Wydawnictwo: MG
Stron: 295

Nie mam siostry. Nie mam też (ani nie miałam nigdy) w związku z tym żadnych kompleksów czy żalów do rodziców. Mam za to dwóch starszych braci, na których mogę zawsze polegać. Teraz, gdy jesteśmy już wszyscy tak beznadziejnie dorośli, to cenią sobie taki układ. Ale gdy wracam wspomnieniami do dzieciństwa, widzę różne obrazy - braci, którzy mieli własne tajemnice, braci trzymających mnie na (normalny w tym wieku) chłopięcy dystans (bo byłam dziewczyną, do tego siostrą i - o zgrozo! - młodszą), a nawet jednego brata, który na ulicy przy kumplach udawał, że mnie nie zna. No teraz się z tego śmieję, ale wierzcie mi - wtedy nie było mi do śmiechu. I czasem tęskniłam za siostrą, której nie miałam. Bo koleżanki, to jednak nie to samo. I gdy czytałam Małe kobietki, to wróciły do mnie te odczucia i zazdrościłam trochę bohaterkom tej ich siostrzanej więzi. Tych zabaw, przygód, oparcia.

Książka autorstwa Louisy May Alcott należy do klasyki amerykańskiej literatury. Została wydana w drugiej połowie XIX wieku i opowiada historię współczesnego (na tamte czasy) rodzeństwa. Bohaterkami są cztery siostry: Meg - najstarsza, najpoważniejsza, najbardziej odczuwająca finansowe niedostatki rodziny; Jo - nieco zwariowana, posiadająca wiele chłopięcych cech (często żałuje, że nie urodziła się chłopcem), młoda pisarka; Beth - nieśmiała, bardzo wrażliwa, uzdolniona muzycznie oraz Amy - najmłodsza z sióstr, "artystka", trochę zarozumiała i samolubna, ale i pocieszna (ma talent do przekręcania trudnych słów). Dziewczynki mieszkają razem z matką (Panią March, zwaną przez nie "mamisią" - trochę mnie raziło w oczy to zdrobnienie) i pomocą domową Hanną. Ukochany ojciec bierze udział w wojnie secesyjnej. Dom Marchów jest ubogi, ale pełen miłości, ciepła i rozsądku. Dziewczynki zaprzyjaźniają się z mieszkającym w sąsiedztwie chłopcem (Laurie) i jego bogatym dziadkiem. Małe kobietki to mniej więcej rok z życia bohaterów - w tym czasie dużo się wydarzy. Znajdą się momenty radosne, zabawne, ale i smutne, wzruszające, niemal tragiczne. Na kartach książki można zaobserwować zmiany, jakie zachodzą w dzieciach, a także dorosłych.

Najbardziej polubiłam szaloną Jo. Podobał mi się jej temperament i pisarskie zacięcie. To odważna dziewczynka, która walczyła z konwenansami, wykraczała jakby poza czasy, w których przyszło jej żyć. Widać w niej rysy feministyczne. Na uznanie zasługuje jej heroiczny czyn - ścięcie pięknych włosów - którego się podjęła, aby pomóc rodzinie w trudnym momencie. Moim zdaniem ta książka niesie w sobie wiele uniwersalnych myśli, które i dziś mogą być cenne dla młodych dziewcząt. Jasne - wtedy był inny świat, inne metody wychowawcze, innych cech i umiejętności wymagano od kobiet. Ale wartości, o których pisze autorka są i dziś ważne: rodzina, miłość, troska, szacunek do siebie i ludzi, zaufanie, wybaczenie. To naprawdę mądra opowieść, a do tego zabawna i ciągle aktualna. Napisana lekkim językiem, przystępnym dla współczesnego czytelnika, nawet młodego. Żałuję, że nie przeczytałam jej jakieś dziesięć lat temu, gdy byłam w podobnym wieku do bohaterek...

Mimo że już dawno temu ta książka trafiła na moją "listę" (czyli listę książek, które muszę w ciągu życia przeczytać), to dopiero teraz dowiedziałam się, że powstały kolejne części! A więc przede mną jeszcze: Dobre żony, Mali mężczyźni, Chłopcy Jo. Niesamowicie się cieszę na ponowne spotkanie starych znajomych. Ciekawa jestem, jak im się życie poukłada? Najbardziej intryguje mnie tytuł ostatniej części!


Moja ocena: -5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MG.