środa, 26 września 2012

"Lokatorka Wildfell Hall" - Anne Bronte


Tłumaczenie: Magdalena Hume
Wydawnictwo: MG
Stron: 525

Klasyka angielska, szczególnie ta dziewiętnastowieczna, to klimat, w którym czuję się najlepiej. Żaden ze mnie wielki znawca, ja po prostu z każdą książką zakochuję się coraz bardziej w tej literaturze. Gdy w blogosferze zaczęły się pojawiać recenzje Lokatorki Wildfell Hall (jak głosi okładka: "Nigdy dotąd niewydawana w Polsce powieść Anne Bronte!"), to po prostu wiedziałam, że muszę tę książkę przeczytać. A ponieważ recenzje były przeważnie pozytywne, a oceny wysokie, to miałam ogromne oczekiwania. Już na wstępie mogę szczerze przyznać, że książka Anne Bronte przeszła wszelkie moje oczekiwania! I chyba póki co będzie to moja ulubiona siostra-pisarka z klanu Bronte (co prawda narazie przeczytałam tylko Wichrowe wzgórza Emily Bronte i Dziwne losy Jane Eyre Charlotte Bronte), a w moim osobistym rankingu stać będzie nawet wyżej niż Jane Austen.

Lokatorka Wildfell Hall to historia niezwykłej kobiety, która postanowiła zawalczyć o siebie i przeciwstawić się narzuconym odgórnie zwyczajom i normom, co w ówczesnym jej świecie było próbą niemal samobójczą. Czytelnik początkowo poznaje całą historię z perspektywy Gilberta Markhama - młodego, trochę zbuntownego mężczyzny, który zostaje zauroczony przez nową, tajemniczą lokatorkę starego dworu. Helen Graham budzi w miasteczku wiele negatywnych emocji, gdyż nie zależy jej na integracji czy uznaniu mieszkańców. Broni własnej prywatności. Staje się w końcu ofiarą pomówień i niesprawiedliwych oskarżeń. A stający w jej obronie Gilbert sam doznaje chwili zwątpienia w kobietę. Mimo wszystko postanawia ona zaufać mężczyźnie i pozwala poznać swoją przeszłość - daje mu do przeczytania własny dziennik, którego dokładne przytoczenie stanowi mniej więcej połowę książki.

Dziennik Helen przenosi czytelnika o kilka lat wcześniej, gdy kobieta była jeszcze panną na wydaniu. Opisuje ona starania konkurentów o jej rękę, miłość do pana Huntingdona oraz wszystkie konsekwencje wynikające z przyjęcia oświadczyn. Początkowe zakochanie i zaślepienie staje się w obliczu rzeczywistości prawdziwym dramatem tej wcześniej silnej i pewnej siebie damy. Ostatecznie podejmuje ona najtrudniejszą decyzję - walkę. Walkę o lepsze jutro dla siebie i swojego syna.

Temat poruszony w Lokatorce Wildfell Hall wydaje mi się szalenie aktualny mimo swej dziewiętnastowiecznej oprawy. Wszak współcześnie również wiele kobiet przeżywa wielkie cierpienia w zaciszu domu, gdy "ten jedyny i ukochany" okazuje się zupełnie innym człowiekiem niż na początku. A życie z obiecywanej bajki przypomina ponurą tragedię. Strach przed postawieniem się, przed walką i niepewność jutra sprawiają, że kobiety tkwią nieraz w takich nieszczęśliwych związkach latami. Finansowe uzależnienie od męża, źle rozumiane dobro dzieci, a do tego wciąż istniejąca presja społeczeństwa - to wszystko nie służy podjęciu próby uwolnienia się. Ale to temat rzeka, więc zostawmy go.

Pięknie wymyśliła tę książką Anne Bronte. Piękną formę jej nadała: wpierw listy Gilberta do przyjaciela, potem dziennik Helen, który urywa się w momencie poznania tych dwojga, a następnie dalsze losy owej pary opisane znów przez Gilberta. Czyta się wyśmienicie, wręcz nie można oderwać się od tej historii (w moim przypadku było to o tyle kłopotliwe, że w tym samym czasie miałam do napisania część pracy magisterskiej...) i nawet nie odczuwa się tych ponad 500 stron! Jestem oczarowana tą historią i oczarowana stylem Anne Bronte. Już nie mogę doczekać się kolejnej jej książki, która leży na mojej półce...


Moja ocena: 6/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa MG

oraz w ramach projektu Rozmawiajmy.




środa, 12 września 2012

"Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!" - Nick Vujicic


Tłumaczenie: Piotr Kwiatkowski
Wydawnictwo: Aetos 
Stron: 288


Prawdziwe historie zawsze najbardziej do mnie trafiają. Książki oparte na faktach działają intensywniej, głębiej. Moje spotkanie z bohaterem nie kończy się wtedy na przeczytaniu ostatniej strony. To jest dopiero początek naszej znajomości. Wertuję następnie Internet, wyszukuję wszelkie informacje o danej postaci, oglądam zdjęcia, filmy, filmiki. Staram się dowiedzieć jak najwięcej o człowieku, którego spotkałam przy okazji lektury. Z Nickiem Vujiciciem sprawa wyglądała nieco inaczej. Usłyszałam o tym niezwykłym człowieku dzięki jednemu z popularnych portali w sieci. Obejrzałam pierwszy film, potem drugi i…przepadłam. Po prostu nie mogłam zapomnieć. Nick siedział w mojej głowie i nie chciał opuścić myśli. Zrządzeniem losu dowiedziałam się, że napisał książkę. Serwis nakanapie.pl udostępnił mi ją, dzięki czemu mogłam dokończyć spotkanie. Jakie to było spotkanie w ostatecznym rozrachunku? Na pewno szczególne, momentami niełatwe, ale przede wszystkim - inspirujące.

Dla tych, którzy o autorze książki nigdy nie słyszeli, należy się parę zdań wstępu. Nick Vujicic urodził się trzydzieści lat temu jako pierworodny syn serbskich emigrantów, mieszkających w Australii. Na świat przyszedł doświadczony chorobą zwaną fokomelia – jest to schorzenie objawiające się niedorozwojem lub całkowitym brakiem kończyn. Będąc zupełnie zdrowym intelektualnie, a do tego bystrym i wrażliwym – Nick przez wiele lat nie mógł pogodzić się ze swoim losem. W wieku dziesięciu lat przeszedł silne załamanie psychiczne, którego efektem była próba samobójcza. Na szczęście dzięki kochającej i licznej rodzinie, a także silnej wierze w Boga, Nick odnalazł sens życia i pokochał to swoje życie takim, jakie jest.


Właśnie wiara okazała się dla autora książki wybawieniem. Nick zaufał Bogu i odnalazł życiowy cel. Tym celem stało się wspieranie, motywowanie i inspirowanie ludzi na całym świecie. Nick założył organizację „Life Without Limbs”, został mówcą motywacyjnym, podróżuje po wszystkich kontynentach, nawet w miejsca odległe i niebezpieczne. Przekazuje ludziom swoją energię, swoją siłę, daje rady, jak odnaleźć sens w życiu, jak życie uczynić lepszym. To człowiek, który może być wzorem dla każdego, ponieważ wbrew przeciwnościom losu i ograniczeniem własnego ciała prowadzi bardzo aktywne życie. Gra na perkusji, surfuje, pływa. A w tym roku nawet ożenił się z piękną i zupełnie pełnosprawną kobietą. Przekracza granice i łamie stereotypy. Żyje tak, jak mówi polski tytuł jego książki – Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!.


Książka autorstwa Nicka Vujicica jest jak rozmowa z nim. Nick mówi bezpośrednio do czytelnika, co sprawia wrażenie, jakby siedział obok i naprawdę opowiadał. Podzielono książkę na sporo rozdziałów i podrozdziałów, a każdy opatrzono stosownym tytułem. Jest przejrzyście i czyta się bardzo szybko. Czytelnik zostaje zapoznany z historią rodziny Nicka, ze wspomnieniami z jego dzieciństwa i stopniowej walki o samodzielność. Elementy biograficzne przeplatają się z przykładami postaw różnych osób, które autor spotkał na swej drodze oraz z konkretnymi radami dla czytających, dla poszukujących sensu, wiary, inspiracji.

Czytając tę książkę i poznając lepiej historię Nicka - wiele rzeczy zrozumiałam. Przede wszystkim dotarła do mnie banalna prawda o tym, że życie każdego człowieka jest ważne i jest po coś, choćby był pełen niedoskonałości. Trzeba doceniać drobne sprawy, patrzeć poza czubek własnego nosa, walczyć z ograniczeniami, szukać celu. Skoro Nick nawet bez kończyn jest osobą tak szalenie aktywną i daje tyle z siebie innym, to ile mogłabym zrobić ja, skoro jestem zdrowa? Po przeczytaniu książki było mi autentycznie wstyd za wszystkie moje narzekania, marudzenia i za lenistwo także. Wiele dobrego dostałam od Nicka i postaram się to wykorzystać w swoim życiu. Myślę, że jest to książka dla każdego – i dla niepełnosprawnych, którzy nie dostrzegają sensu życia obarczonego chorobą, i dla pełnosprawnych, którzy nie doceniają życia, nie dostrzegają możliwości, jakie daje życie wolne choroby, ale przede wszystkich dla tych, którzy utracili nadzieję, potrzebują motywacji, są zagubieni. Nie mam tylko pewności czy osoby nie wyznające wiary katolickiej odpowiednio odbiorą tę książkę, ponieważ nie da się ukryć, że cała jest przesiąknięta religijnymi odniesieniami. 


Na koniec chciałabym jeszcze podzielić się jednym cytatem, który najbardziej zapadł mi w pamięci i moim zdaniem dobrze oddaje ogólny charakter i główne przesłanie książki Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!:

Nie byłem kaleką, dopóki nie straciłem nadziei. 
Uwierz mi – utrata nadziei jest o wiele gorsza niż brak kończyn.


Moja ocena: 5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości serwisu nakanapie.pl



niedziela, 2 września 2012

A w duszy gra... [2]: Mela Koteluk

Ostatni tydzień minął mi z szybkością błyskawicy. Połowa dnia w biurze, a potem praca nad magisterką (napisanie pierwszego rozdziału na zaliczenie czwartego roku jak zwykle odwlekałam i teraz zrobiło się nerwowo...). Do tego czytanie książki Nicka Vujicica, którą dostałam do recenzji od portalu nakanapie.pl i ćwiczenia (tak, w końcu wzięłam się poważnie za odchudzanie!). Mam nadzieję, że jak już uporam się z magisterką, to wygospodaruję sobie więcej czasu na bloga. Dzisiejszy post jest po to, aby trochę się wytłumaczyć, trochę o sobie przypomnieć, ale przede wszystkim po to, aby opowiedzieć Wam o moim najnowszym muzycznym odkryciu. 


Co prawda refleks mam spóźniony, bo płyta tej artystki (Spadochron) wyszła w maju 2012 roku, a ja dopiero teraz o niej usłyszałam. Przyznam, że zakochałam się zupełnie w muzyce Meli Koteluk i zbliżające się urodziny wykorzystam na zdobycie oryginalnej płyty. Słucham teraz Meli na okrągło, a co najlepsze - już 7. października zagra ona w Toruniu! Nie mogę się doczekać. :)

Zachęcam Was do bliższego zapoznania się w twórczością tej młodej artystki. Dodam, że przed wydaniem własnej płyty śpiewała ona w chórkach u Gaby Kulki i zespołu Scorpions. Naprawdę warto!

sobota, 25 sierpnia 2012

Urodzinowo!


Naprawdę nie wiem, kiedy to zleciało, ale mój blog obchodzi dziś pierwsze urodziny. Pamiętam, ile miałam wątpliwości, gdy go zakładałam... Zastanawiałam się czy ktoś w ogóle będzie chciał czytać moje recenzyjki? Czy uda mi się wytrwać i nie porzucić bloga w połowie drogi? Na szczęście tak się nie stało, a ja bardzo polubiłam ten mój kawałek miejsca w blogosferze. Bo choć "Kawa, koc, książka" nie należy do blogów szczególnie popularnych czy aktywnych (mea culpa!), to nie zamierzam się tym martwić. Prowadzę tego bloga głównie dla siebie, żeby mieć mobilizację do czytania książek i zapisywania refleksji, które inaczej uleciałyby hen wysoko i może już nie wróciły. Wiele razy w tym roku robiłam przerwy, zaniedbywałam bloga i nie ujawniałam się w komentarzach u innych blogerów. Nie jestem z tego dumna. Ale wracałam, bo bez tego miejsca było mi smutno. 

Obiecałam sobie, że ten kolejny rok będzie lepszy. Zwalczę lenistwo, jesienne chandry i zimowe sny. Będę więcej czytać i więcej pisać. I może będę mogła gościć u siebie więcej osób? :) 

Dziękuję wszystkim tym, którzy odwiedzają i komentują (lub nie). :)

Bo fajnie jest prowadzić bloga!



PS. Zapraszam do odwiedzania strony mojego bloga na facebooku.

czwartek, 23 sierpnia 2012

"Mansfield Park" - Jane Austen


Tłumaczenie: Gabriela Jaworska
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Stron: 336

W tym roku moje wakacje nie należą do najbardziej udanych, ponieważ wymarzony wyjazd w Tatry musiałam odwołać. Na szczęście istnieją książki, a dzięki nim można wybrać się w najdalszą podróż. W ostatnich dniach udało mi się odwiedzić Mansfield Park i poznać tamtejszych mieszkańców. Przy okazji cofnęłam się do początku XIX wieku i po raz trzeci w swym życiu poddałam czarowi pióra Jane Austen. Ta autorka działa na mnie niezwykle kojąco i pozwala odciąć się od przyziemnych problemów. Już mam w planach kolejną jej powieść... Ale najpierw parę słów o Mansfield Park.

Główną bohaterką historii jest Fanny Price - dziewczynka z ubogiej rodziny, która w wieku dziesięciu lat opuszcza swój dom, aby zamieszkać z bogatym wujostwem. Początki nie są łatwe, gdyż dziecko wyrwane z  własnego środowiska, tak przecież innego od arystokratycznego Mansfield Park, czuje się opuszczone, osamotnione. Po prostu nieszczęśliwe. Szorstkość wuja, obojętność jednej ciotki, pogardliwe uwagi drugiej, a do tego wywyższające się kuzynki i starsi kuzyni - to zbyt wiele dla małej Fanny. Na szczęście znajduje  przyjaciela w Edmundzie, jednym z kuzynów, który staje się dla niej nauczycielem, oparciem, przewodnikiem. Stopniowo można zaobserwować, jak na łamach książki Fanny zmienia się w kobietę, wciąż co prawda delikatną, nieśmiałą i cichą, ale z coraz wyraźniej wyrobionymi poglądami i niezłomnymi zasadami. Ta niezłomność czyni ją silną i wyjątkową, jednak też wyobcowaną, gdyż trudno jej dopasować się do towarzystwa o bardziej wyzwolonym usposobieniu.

W Mansfield Park poznajemy wielu bohaterów, a dzięki Jane Austen wydają się nam dobrymi znajomymi. Znajomymi z XIX wieku, ale momentami bardzo współczesnymi - z wadami i przywarami, których nie powstydziłby się XXI wiek. Autorka stworzyła swego rodzaju mikrokosmos, dla którego reszta kraju czy toczące się wojny - jakby nie istnieją. A jeśli tak, to jedynie w tle. Liczy się tylko Mansfield Park i problemy jego mieszkańców. A są to problemy - trzeba zaznaczyć - związane oczywiście z uczuciami, z kwestią małżeństwa, także z pieniędzmi. Austen znakomicie oddaje charakter angielskiej klasy wyższej XIX wieku. Z obserwatorską dokładnością i mistrzowskim wyczuciem buduje klimat, którego nie da się z czymkolwiek innym porównać.

Przyznaję, że momentami Fanny mnie denerwowała swą biernością, uległością, pokornością. Panna Crawford była przy niej żywiołem, ale i kobietą na miarę współczesności. Ciotka Norris została przez autorkę chyba najlepiej przedstawiona - obłudna, ciekawska i niesamowicie irytująca kobieta. Po prostu ciotka z koszmarów. Tak groteskowa, że aż zabawna. Ona i rodzeństwo Crawfordów to chyba moje ulubione postaci, właśnie dlatego, że negatywne, ale i wyraziste, charakterne.

Powieści Jane Austen mają swój własny rytm. Nie znajdziemy tu wartkiej akcji, a raczej spokojny upływ czasu, oddany w stylu, dzięki któremu - nie wiedzieć kiedy - przenosimy się dwa stulecia w tył, a wszystko w sposób dziwnie naturalny. Wydarzenia następują powoli, autorka nie spieszy się, daje szansę na wsiąknięcie w poszczególne sytuacje. A także w uczucia i myśli Fanny, której czytelnik towarzyszy przez całą historię. Naprawdę lubię ten rytm i lubię ten styl. Dlatego trochę zawodzi zakończenie Mansfield Park. Zbyt skrótowe, zbyt pospieszne, zbyt podsumowujące. Liczyłam na coś więcej, ale może następnym razem? Niemniej to jedyna rzecz, do której mogę się ewentualnie przyczepić, bo generalnie jestem książką zachwycona, a Jane Austen utwierdziła się na pozycji jednej z moich ulubionych pisarek.

 Moja ocena: +5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zielona Sowa.


wtorek, 14 sierpnia 2012

Literatura angielska...

Wiem, że mamy jeszcze wakacje, a do października na szczęście wciąż w miarę daleko. Zaczęłam już jednak myśleć o egzaminie, który czeka mnie w styczniu - literatura powszechna. Do wyboru mam: literaturę klasyczną, rosyjską, francuską, niemiecką i angielską. Nie jest tajemnicą, iż najbliższa mi z nich wszystkich to angielska. Lista lektur jest zróżnicowana i podejrzewam, że nie wszystkie pozycje przypadną mi do gustu, niemniej mam nadzieję, że czytanie większości będzie czystą przyjemnością. Wklejam tu całą listą i jestem ciekawa, co znacie z tego zbioru? Co wspominacie dobrze, a do czego nie chcecie nigdy wracać? Ja czytałam jedynie Szekspira (większość dramatów, sonety niekoniecznie), Dumę i uprzedzenie, Jane Eyre, Wichrowe wzgórza i Pigmaliona. Becketta kilka dramatów też, ale akurat nie Ostatnią taśmę Krappa. Do znanych tytułów przyjdzie mi pewnie powrócić ze względu na egzamin i choć nie jest to moim zwyczajem, to cieszę się. Szczególnie na ponowne spotkanie z Jane Austen i siostrami Bronte. Swoją drogą - jestem w trakcie czytania Mansfield Park i co tu dużo mówić... Po prostu to mój ulubiony klimat!


Literatura angielska - egzamin:
- Geoffrey Chaucer  Opowieści kanterberyjskie (2 wybrane + Prolog)
- William Szekspir - wybrane Sonety, Burza
-John Donne i George Herbert (wiersze wybrane)
- John Milton  Raj utracony (I, II księga)
- Jonathan Swift  Podróże Gullivera
- Henry Fielding  Tom Jones
- Laurence Sterne  Tristram Shandy
- William Blake  Pieśni niewinności I doświadczenia (wiersze wybrane)
- Samuel Taylor Coleridge  Rym sędziwego marynarza
- William Wordsworth  Tintern Abbey
- Jane Austen  Duma i uprzedzenie
- Percy Bysshe Shelley  Oda do wiatru zachodniego
- John Keats  Oda do greckiej urny
- Charles Dickens  - wybrana powieść
- Charlotte Bronte  Dziwne losy Jane Eyre
- Emily Bronte  Wichrowe wzgórza
- Thomas Hardy  Tessa d'Urberville
- Alfred Tennyson  In Memoriam (wybrane fragmenty)
- George Bernard Shaw  Pygmalion. Romans w pięciu aktach
- William Butler Yeats  Żeglując do Bizancjum
- James Joyce  Portret artysty z czasów młodości
- Virginia Woolf  Do latarni morskiej
- David Herbert Lawrence  Zakochane kobiety
- T.S. Eliot  Ziemia jałowa
- Aldous Huxley  Nowy wspaniały świat
- Harold Pinter  Urodziny Stanleya
- William Golding  Władca much
- Samuel Beckett  Ostatnia taśma Krappa
- Ted Hughes (wiersze wybrane)
- Seamus Heaney (wiersze wybrane)
- Kazuo Ishiguro  Okruchy dnia

piątek, 10 sierpnia 2012

Przeczytane kiedyś tam, przed blogiem...

Nie mam w zwyczaju czytania książek po raz kolejny. Raczej wychodzę z założenia, że życie jest zbyt krótkie, a świetnych książek zbyt wiele i po prostu szkoda czasu na czytanie po raz drugi tej samej pozycji. Niemniej nie wykluczam, że np. za dziesięć lat powrócę do Chłopów Reymonta czy któregoś z tytułów Jane Austen... Póki co skupiam się na tym, czego nadal nie znam. Chciałabym Wam jednak  przedstawić kilka(naście) tytułów, które czytałam kiedyś tam (niedawno, dawno i jeszcze dawniej) przed blogiem, a które pozostawiły w mojej głowie i sercu pewien ślad. Nie każdą z tych książek dobrze teraz pamiętam, wspomnienia się zacierają z biegiem czasu... Teraz już nawet nie umiem powiedzieć, o czym niektóre z tych książek dokładnie opowiadają... I chyba dlatego założyłam bloga - żeby pamiętać. 

Szczerze polecam!











Na pewno część książek już znacie i dawno je czytaliście. Napiszcie o tym, bo sama jestem ciekawa!

wtorek, 7 sierpnia 2012

"Deklinacja męska/żeńska" - Hanna Cygler


Wydawnictwo: Rebis
Stron: 311

Obiecałam, że powrócę do trylogii Hanny Cygler i słowa dotrzymałam. Nawet prędzej, niż bym się tego spodziewała. Druga część historii  - Deklinacja męska/żeńska - wciągnęła mnie równie szybko, równie mocno i równie wielki zostawiła niedosyt po przeczytaniu ostatniego akapitu, co Tryb warunkowy. W tym tomie autorka zmieściła dekadę z życia głównej bohaterki - dekadę ważną zarówno dla Zosi, jak i dla Polski. Dojrzewa na oczach czytelnika ta wyjątkowa dziewczyna, staje się kobietą świadomą, ale wciąż chwilami zagubioną i pełną strachu. Zmienia się kraj, w którym przyszło jej żyć, a te zmiany nie wszystkim wychodzą na dobre...

Autorka zaczyna tam, gdzie skończyła w pierwszym tomie. Zosia stoi nad grobem Marcina i próbuje ułożyć sobie dalszy plan na życie. Jak się okaże - w tym życiu ważną rolę odegra Witek, do którego dziewczynę ciągnęło od dawna. Jednak zanim para bohaterów będzie mogła się sobą nacieszyć, to czeka ich długa droga do siebie - droga pełna nieporozumień, zbiegów okoliczności i politycznych zawirowań. Moment ponownego spotkania okaże się tylko kolejnym punktem zwrotnym. Dużo będzie się działo w życiu panny (?) Knyszewskiej. Dużo będzie się działo w tym czasie w Polsce. Sporo można się z tej książki dowiedzieć o przełomie '89 roku, zdecydowanie bardziej zostało rozbudowane owe polityczne tło niż w części pierwszej. Nadal jednak bez nachalności i publicystyki, a jako część rzeczywistości, w której żyją bohaterowie.

Tym razem autorka postanowiła oddać głos także innej postaci - narracja jest prowadzona przemiennie przez Zosię i Witka. Podoba mi się ten zabieg, bo pozwala spojrzeć na daną sytuację z dwóch perspektyw, a szczególnie pod koniec książki ta podwójna perspektywa silnie oddziałuje i jest rzeczywiście ważna. Poza tym nie zauważyłam jakiegoś konkretnego odstępstwa od stylu Trybu warunkowego, co mnie cieszy, bo historia życia Zosi Knyszewskiej nie potrzebuje wyszukanej formy - wystarczy, że samo to życie jest już dość skomplikowane.

Książkę czyta się naprawdę błyskawicznie. Czasem mnie ta Zośka wkurzała, czasem bawiła, ale generalnie ją polubiłam. Na samym finale ryczałam jak bóbr, ale widać tą nadmierną emocjonalność mam wspólną z główną bohaterką. Hanna Cygler tak żywo nakreśliła tę historię i wszystkie postaci, że aż trudno mi uwierzyć, że to jedynie fikcja literacka... Czekam, czekam z niecierpliwością na ostatni tom trylogii. Tylko co ja zrobię po przeczytaniu całości? Zapewne będę tęsknić. Tak jak tęskni się za dobrymi znajomymi...

Moja ocena: +5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Domu Wydawniczego Rebis.

środa, 25 lipca 2012

"Top modelka. W sidłach kariery" - Richard Green


Tłumaczenie: Miljenko Grubesa
Wydawnictwo: Promic
Stron: 166

Liczyłam na ciekawą opowieść z modą w tle. Liczyłam, że autor mnie zaskoczy i pokaże, że na zaledwie 166 stronach można stworzyć wartościową historię. Niestety - ta książka należy do tych, o których za chwilę po przeczytaniu zapomnę. A nawet gorzej - chcę zapomnieć. Top modelka. W sidłach kariery okazała się dla mnie wielkim nieporozumieniem, ale może są i tacy, którym ta książka przypadnie lub przypadła do gustu. Ja do nich na pewno nie należę.

Zaczęło się nawet ciekawie: znany fotograf odrzuca wymarzony kontrakt od "Vogue'a", bo jego dziewczyna ma radykalne feministyczne poglądy. Znajomi mężczyzny pukają się w czoło, ale on jest zdecydowany i zakochany. Miłość do Sary jest dla niego ważniejsza od kariery, ale gdy dostaje fantastyczną propozycję od Chanel, to ambicja nie pozwala mu na rezygnację. W międzyczasie wpada w śpiączkę mama Jacoba, z którą ten nie utrzymuje bliższych kontaktów. Główny bohater przechodzi na kartach książki ogromną przemianę - zamiast brać, zarabiać i zdobywać, zaczyna dawać, pomagać oraz rozwijać się duchowo. 

Pomysł był, potencjał też, ale z wykonaniem poszło już autorowi gorzej. Brak w tej historii racjonalnego związku przyczynowo-skutkowego. Wydarzenia nie wynikają z siebie wzajemnie. Rozdziały są krótkie, następują co chwilę zmiany, kilkuletnie przeskoki naprzód. Akcja w jednym wątku pozostaje nierozwinięta i już czytelnik przenosi się dalej. Narracja także się zmienia - robi się chaos. Kolejne wydarzenia są słabo umotywowane, dlatego próżno szukać tu jakiegoś prawdopodobieństwa. Bohaterowie są sztuczni, pretendują do miana postaci o głębokim wnętrzu, ale zupełnie mnie do siebie nie przekonują. Nie wierzę im, nie wywołują we mnie żadnych uczuć poza obojętnością. Brak w nich autentyczności. I zdecydowanie nie przekonuje mnie też język, którym się posługują - okrągłe słowa niczym u Coelho, które znaczą wszystko, a przez to znaczą właściwie nic. Mam wrażenie, że autor chciał powiedzieć za dużo naraz, a przez to powiedział zbyt mało i zbyt nieskładnie. I jeszcze ten tytuł - kompletnie nieadekwatny do całej historii, ale chwytliwy.

Sens tej książki (jak ja go odczytuję) to zwrócenie uwagi na rzeczy najważniejsze: miłość, rodzinę, wiarę. Autor stara się pokazać na przykładzie przemiany Jacoba, że świat materialny, świat fleszy, pieniędzy i kariery jest nieistotny. Człowiek powinien skupić się na tym świecie duchowym, na dawaniu siebie innym, na podtrzymywaniu więzi rodzinnych, na samorozwoju, na swoim wnętrzu. Niestety w tej książce ów problem został jedynie ogólnikowo zarysowany i nie sądzę, aby jakiś czytelnik zmienił własne podejście do życia po przeczytaniu Top modelki. W sidłach kariery.

Moja ocena: 2/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Promic.

niedziela, 22 lipca 2012

"Listy z jeziora" - Agnieszka Korol


Wydawnictwo: Promic
Stron: 311

Ta książka leżała na mojej półce już dość długo, a jej czas nadszedł wraz z krótkim urlopem i wyjazdem na Opolszczyznę. A dokładnie to wraz z powrotem, który trwał trzy godziny dłużej, niż powinien... No ale nie o kolejowych historiach mam tu pisać, a o Listach z jeziora Agnieszki Korol - książce całkiem ciekawej, dobrej na podróż, jednak w moim odczuciu pozbawionej "tego czegoś".

Autorka zaprasza czytelnika do pensjonatu położonego nad mazurskim jeziorem. Do małego miasteczka - Szarugi - w którym życie biegnie niespiesznie, a mieszkańcy i przybyli goście mają swoje mniejsze i większe sekrety, marzenia, problemy... Ktoś się zakochuje, ktoś inny ma ojca brutala, a jeszcze ktoś inny próbuje odnaleźć swoje miejsce na ziemi. Główny wątek jest osnuty wokół tajemniczych listów w zielonych kopertach, które niemal codziennie otrzymuje właścicielka pensjonatu - Irena Szarada. Autorem listów zdaje się być jej zmarły przed ponad dwudziestu laty mąż, którego ciała jednak nigdy nie odnaleziono...

Bardzo spodobał mi się pomysł na tą książkę - motyw małego miasteczka i intrygujących listów. I choć generalnie naprawdę dobrze czytało mi się Listy z jeziora, to jednak było tu wiele elementów, które mi "nie grały", a przez to sama książka nie pozostanie raczej długo w mojej głowie. Mimo właściwie kryminalnego wątku nie odczułam napięcia, może jedynie pod koniec byłam trochę zaciekawiona... Postaci zostały nie tyle przedstawione, co zarysowane. Są bardzo schematyczne, brak im jakiegokolwiek podłoża psychologicznego czy umotywowania. Szkoda, bo kilku bohaterów to interesujące figury. Sama główna bohaterka nie wzbudziła we mnie żadnych szczególnych uczuć, właściwie była mi obojętna. Z większą chęcią śledziłam poczynania drugoplanowych postaci, aniżeli protagonistki utworu.

Książkę budują dialogi. W moim odczuciu było to co najmniej trzy czwarte książki. Myślę sobie, że to nawet ciekawy zabieg, ale też chyba wygodny, bo oddajemy postaciom głos i nie martwimy się resztą. Ale właśnie ta "reszta" jest ważna, bo w pewnym momencie miałam wrażenie, że czytam scenariusz, a nie książkę. Brakowało mi narracji oraz jakiegoś pośredniego komentarza odautorskiego. Chyba pierwszy raz spotkałam się z takich stylem pisania i wiem już przynajmniej, że zdecydowanie preferuję przewagę tekstu ciągłego nad dialogami. Albo jakąś logiczną równowagę.

Czytam to, co napisałam powyżej i dochodzę do wniosku, że ta moja recenzja wyszła jakaś taka "krytykancka", a wcale nie to było moim zamiarem. Pomimo tych różnych niedociągnięć i rzeczy, za którymi w książkach nie przepadam, pomimo tego, że nie było to arcydzieło, ani nie wywołało we mnie skrajnych emocji, to darzę tą książkę dużą sympatią. Dobrze mi się ją czytało, historia mnie w sumie wciągnęła, znalazły się tu dwa świetne motywy (małe miasteczko i listy), a rozwiązanie nie było oczywiste. Poza tym Agnieszka Korol sprawiła, że moja najgorsza podróż PKP nie była "aż taka" najgorsza.

Moja ocena: 4/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Promic

oraz w ramach projektu Rozmawiajmy.