wtorek, 28 lutego 2012

"Wiktoriańska Herbaciarnia" - Debbie Macomber


Tłumaczenie: Hanna Hessenmuller
Wydawnictwo: Mira & Harlequin
Stron: 332

Dobrze się czuję w takim towarzystwie. W towarzystwie zwyczajnych ludzi, z ich mniej lub bardziej zwyczajnymi problemami. Z ich czasem zupełnie niezwyczajnymi radościami, emocjami, uczuciami. W Cedar Cove zadomowiłam się bardzo szybko i doprawdy ciężko było się rozstać...

Wiktoriańska Herbaciarnia to kolejny tom z serii Zatoka Cedrów. Żałuję ogromnie, że nie czytałam wcześniejszych, ale moja obawa, że nie zrozumiem czy też nie wczuję się w klimat Herbaciarni, okazała się obawą bezpodstawną. Ta książka to historia, która spokojnie funkcjonuje jako osobna opowieść. 

Poznałam dzięki Debbie Macomber wielu niezwykłych bohaterów. Wymienić ich wszystkich tu nie sposób i chyba też nie w tym rzecz. Czasem gubiłam się w imionach i relacjach, ale to wina mojego braku skupienia, a nie braku konsekwencji autorki. Kilka postaci szczególnie zapadło mi w pamięć i serce. Bardzo współczułam Justine i Sethowi, że stracili ukochaną restaurację i zaczęli też tracić siebie nawzajem. Wzruszałam się za każdym razem, gdy historia toczyła się wokół przyszłej mamy - Maryellen. A śmiałam nieraz do łez z fryzjerki Teri i jej nieporadnego geniusza szachowego - Bobby'ego Polgara. Całe Cedar Cove stało się dla mnie miejscem pełnym znajomych, których chciałoby się odwiedzać i odwiedzać...

Książka należy do tych z gatunku "babskich", to prawda. To taki trochę serial, tyle że spisany. Ale uważam, że spisany (a raczej - napisany) bardzo dobrze, nienachalnym i nieinfantylnym językiem. Do tego dobra redakcja tekstu, piękna okładka, idealna czcionka. Takie książki lubię czytać, takie historie lubię poznawać.

Wiktoriańska Herbaciarnia jest idealna na każdą porę roku, na każdą porę dnia i dla każdej kobiety. To książka bardzo życiowa, może troszkę idealistyczna, ale przecież któż z nas czasem nie idealizuje, nie marzy? Niektóre marzenia mogą się wszak spełnić, choćby nie wiem, jak były nierealne. Poczciwa Teri najlepszym dowodem.

Mam nadzieję, że będzie mi jeszcze dane odwiedzić znajomych z Zatoki Cedrów, bo muszę przyznać, że trochę się do nich przywiązałam...

Moja ocena: +4/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Mira & Harlequin.

***
Drodzy, wracam nareszcie do tej wirtualnej gromady miłośników książek. Ostatnie tygodnie były dość ciężkie, ale w końcu ruszam naprzód. Stos na półce coraz większy, ale na szczęście wraca moja energia i pasja, które przytłumiła zima i melancholia (delikatnie mówiąc). To, że nie pisałam i nie komentowałam, nie znaczy, że nie czytałam Waszych nowości. Starałam się być w miarę na bieżąco, ale teraz koniec z biernością. Do pracy! :)

niedziela, 8 stycznia 2012

"Dziwne losy Jane Eyre" - Charlotte Bronte


Tłumaczenie: Teresa Świderska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Stron: 571

Każdy z nas (czytających namiętnie) ma własną listę marzeń książkowych. Na mojej liście główne miejsce zajmuje klasyka, którą pragnę poznawać, poznawać, poznawać. Wypełniać te zawstydzające luki w mym czytelniczym wykształceniu. Pierwsza książka w 2012 roku ma dla mnie wymiar symboliczny, wszak to prawdziwa klasyka powieści, a jedno z moich postanowień noworocznych tyczy się właśnie klasyki. W 2012 roku postanawiam przeczytać podstawy podstaw, których dotychczas nie poznałam, a także zaopatrzyć się w owe książki na przyszłość. Być może na wiosnę doczekam się mej wymarzonej biblioteczki!

Wspomnianą wcześniej książką o symbolicznym wymiarze jest dzieło Charlotte Bronte Dziwne losy Jane Eyre. Spędziłam z tym utworem okres świąteczno-noworoczny. Czytałam w różnym tempie. Raz spokojnie, dotykając myślą każdego zdania. Innym razem, przewracałam kartki w sposób szaleńczy, chcąc czym prędzej poznać rozwiązanie problemu. Szczególna to książka i cieszę się, że nareszcie po nią sięgnęłam. 

Losy Jane opowiada czytelnikowi ona sama, w pierwszej osobie. Zwraca się niejednokrotnie bezpośrednio do czytelnika, jak gdyby siedziała obok i przy kubku herbaty snuła opowieść... XIX wieczna Anglia to jeden z moich ulubionych czasów powieściowych, dlatego opowieści Jane wciągnęły mnie już po pierwszych stronach. Czytelnik poznaje dekadę z życia głównej bohaterki. Dekadę bodaj najważniejszą, bo mieszczącą w sobie trudną przemianę z dziewczynki w kobietę. Oczywiście dane jest czytelnikowi także poznać losy wcześniejsze i późniejsze, a wszytko dzięki płynnej narracji i barwnemu językowi. Dla współczesnego czytelnika ten język może być już anachroniczny, zbyt patetyczny, a sama książka przegadana. No i oczywiście, każdy ma do tego prawo, ale chyba nikt nie odmówi tej powieści uroku, znakomitej znajomości ludzkich emocji i ważności problemów w niej podjętych.

Jane Eyre to kobieta, która sporo w swoim młodym życiu przeszła. Kobieta, która potrafiła przeciwstawiać się, gdy inni ulegali. Kobieta, która pragnęła się rozwijać, a nie tylko żyć spokojnie i dostatnio, jak większość panien w tamtych czasach (a czy dziś jest inaczej?). Kobieta, która w imię wyznawanych wartości, potrafiła zrezygnować z pięknego uczucia. Kobieta, która była silna duchem mimo wątłego ciała. Kobieta niesztampowa jak na XIX wieczną Anglię pełną sztywnych konwenansów.

Dziwne losy Jane Eyre to także wzruszająca opowieść o miłości. Miłości trudnej, pełnej przeciwności. Miłości prawie że niemożliwej. Przyznaję, że nie zawsze rozumiałam i pochwalałam postępowanie Jane, gdyż mój umysł dziewczyny z XXI wieku nie zgadzał się z pewnymi decyzjami. Jednak podziwiałam główną bohaterkę za tę niezłomność przekonań i siłę do zaczynania wciąż od początku.

Mimo ogromnej ilości zalet, muszę być szczera także wobec siebie samej i uznać, że jednak książka Charlotte Bronte nie porwała mnie tak bardzo, jak bym oczekiwała. No właśnie, bo ja chyba miałam zwyczajnie zbyt wielkie oczekiwania wobec tego utworu. No i pamiętałam też moje uczucia podczas pochłaniania znakomitych Wichrowych Wzgórz Emily Bronte... Dlatego Dziwne losy Jane Eyre zapamiętam jako książkę bardzo wartościową, ale bez tego błysku w oku podczas przewracania kolejnych stron. Niemniej - przeczytać warto, a nawet trzeba!

Moja ocena: 5/6

wtorek, 27 grudnia 2011

Trochę nowości z Gosławowej półki...


Pojawiło się u mnie trochę nowości. Czekam jeszcze na jedną książkę, a dwie inne czytam.

Od dołu:
  • Mansfield Park Jane Austen - do recenzji od Wydawnictwa Zielona Sowa; znam film, czas na książkę;
  • Sekretnik Katarzyna Michalak - wygrana w konkursie zorganizowanym przez panią Kasię Michalak;
  • Opowieści o Niewidzialnym Eric-Emmanuel Schmitt - znalezione pod choinką;
  • Wiktoriańska Herbaciarnia Debbie Macomber - do recenzji od Wydawnictwa Mira & Harlequin;
  • Pióropusz Marian Pilot - Nike 2011, wygrana w konkursie zorganizowanym przez toruński miesięcznik kulturalny "Ikar";
  • Idiota Fiodor Dostojewski - do recenzji od Wydawnictwa Zielona Sowa; czas uzupełnić luki w klasyce!
Zastanawiam się nad jakimś twórczym konkursem dla Was, ale póki co - nic mądrego nie wymyśliłam. :)


piątek, 23 grudnia 2011

Wesołych Świąt!


Kochani!

Życzę Wam cudownych, spokojnych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia. Niech ten wyjątkowy czas będzie dla Was momentem wytchnienia we wciąż zabieganym życiu. Nacieszcie się swoimi bliskimi, zrelaksujcie się, naładujcie pozytywną energią na nadchodzący rok... A w tym Nowym Roku życzę Wam wielu, wielu przeczytanych książek i chęci na więcej!

Wesołych Świąt!

środa, 21 grudnia 2011

"Letnie przesilenie" - Robyn Carr


Tłumaczenie: Anna Bieńkowska
Wydawnictwo: Mira & Harlequin
Stron: 332

Są dwa typy książek (no dobra, jest ich więcej, ale skupmy się na tych dwóch), które zawsze będą mnie wzruszać i chwytać za serce, choćby nie wiem, jak bardzo były kiczowate i banalne. Po pierwsze - książki o zwierzętach, ale oczywiście fabularne, nie - przyrodnicze. Po drugie - książki o przyjaźni. Letnie przesilenie należy do tego drugiego typu i już po opisie z okładki czułam, że zatracę się w tych trywialnych historiach bez reszty...

Cassie, Julie, Marty i Beth to cztery przyjaciółki, które zbliżają się do magicznej trzydziestki. Każda z nich jest na innym etapie życia, w innej sytuacji sercowej, finansowej, zawodowej. Nie zamierzam streszczać fabuły, bo choć książkę czyta się świetnie, to nie o treść samą w sobie tu chodzi. Może to kogoś zadziwi, ale ja dzięki tej książce dowiedziałam się wiele o własnym życiu, podejściu do życia, błędach, które ciągle popełniam.

Bohaterki stworzone przez Robyn Carr uświadomiły mi, że nie ma sensu zazdrościć drugiemu człowiekowi lepszej sytuacji finansowej, wyglądu, kariery, bo prawda jest taka, że wszyscy przeżywamy swoje większe i mniejsze tragedie, a to co z wierzchu może wydawać się piękne i idealne, to w środku gnije, boli, zawstydza. Spojrzałam prawdzie w oczy i przyznałam sama przed sobą, że niestety, ale posiadam tę okropną wadę, jaką jest zazdrość. Ale ta zazdrość jest bezsensowna, bo mi samej nie pozwala się rozwijać i cieszyć z rozwoju, a o innych ludziach (tym, którym zazdroszczę) stwarza błędne wyobrażenie. Wyniosłam niezwykłą lekcję z tej lektury, dlatego uważam, że to był dobrze wykorzystany czas.

W jakiś sposób najbliższa (i wzbudzająca najsilniejsze emocje) była mi postać Julie. Kobieta wyszła za mąż za swą licealną miłość, szybko została mamą i szybko też proza życia ją przytłoczyła, a problemy finansowe zmusiły do dramatycznych decyzji. Współczułam jej szczerze i jednocześnie kibicowałam tej rodzinie.

Historie o przyjaźni utwierdzają mnie w przekonaniu, że jest to najważniejsze z uczuć, jakich w życiu doświadczamy. Prawdziwa przyjaźń nie jest na wagę złota, ona jest bezcenna. Niestety nie każdy z nas ma takie szczęście jak bohaterki Letniego przesilenia...

Podsumowując: książkę przeczytałam błyskawicznie. Odebrałam ją bardzo osobiście, bardzo emocjonalnie i nawet drobne błędy w korekcie (pomylone imiona) nie odebrały mi przyjemności ze spotkania z Robyn Carr. Mam nadzieję, że mojej bratowej również przypadnie do gustu ta książka, bo znajdzie ją pod choinką...

Moja ocena: +4/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Mira & Harlequin.

***

Bardzo Was przepraszam za ostatnie milczenie. Wpadłam w zimowy sen, a dokładniej w dziwny stan marazmu, z którego nie mogę się ciągle wyzwolić. Mam nadzieję, że te święta przywrócą mnie światu. Temu blogowemu też.

niedziela, 27 listopada 2011

"Maria" - Heinz-Lothar Worm


Tłumaczenie: Anna Stefanik
Wydawnictwo: Promic
Stron: 167


Wyobraźcie sobie taką sytuację... Zakochaliście się bez reszty, jesteście młodzi i szaleni. Rodzice nie zgadzają się na Wasz związek, więc decydujecie się na dziecko. Wydaje Wam się, że już teraz nic nie stanie na przeszkodzie, a tu okazuje się, że... Jesteście rodzeństwem!

Tak właściwie zaczyna się historia Marii i Karola, dwójki nieszczęśliwie zakochanych przyszłych rodziców, pochodzących z małego niemieckiego miasteczka. Cóż pozostaje im zrobić? Jedynie uciec z kraju, żeby ich dziecko mogło żyć normalnie, bez ciążącej nad nim hańby. Młodzi postanawiają popłynąć do Ameryki i tam stworzyć nowy dom. Po drodze spotyka ich wiele przygód, czasami wręcz przerażających. Tonie statek, którym płyną, Karolowi grozi szubienica, Indianie podpalają ich dom... Droga do szczęścia tej doświadczonej przez los pary jest długa i wyboista, ale na końcu czeka nagroda.

Tytuł książki jasno wskazuje na główną postać tej historii. Maria jest silniejsza od Karola. To ona cały czas stara się walczyć o ich rodzinę, jest nawet gotowa zapomnieć o pokrewieństwie i żyć z ukochanym mężczyzną jak mąż i żona. Wbrew ludziom, wbrew Bogu. Jednak się powstrzymuje. Czyta Biblię i rozmawia z Bogiem, a raczej robi Mu wymówki. Jest przy tym bardziej ludzka niż Karol. On trzyma dystans od samego początku, mimo to ani na chwilę nie opuszcza Marii i dziecka. Czuje się za nich odpowiedzialny.

Książka jest krótka i pisana językiem dość konkretnym. Postaci nie zostały niestety przez autora pogłębione psychologicznie, a szkoda, bo sama fabuła jest niezwykle intrygująca. Siłą rzeczy wydarzenia postępują bardzo szybko i są ledwo zaznaczone. Marię czyta się dobrze, ale za każdym razem, gdy czytelnik wciąga się w jakąś sytuację, zaciekawia, to nagle następuje "zmiana dekoracji". Mam wrażenie, że przez to nie zdążyłam poznać dwójki głównych bohaterów, ani wczuć się w tę historię. Nawet brakowało mi dla nich współczucia, bo wydawali się tacy obcy i nierealni. Styl Worma nie każdemu może przypaść do gustu, jednak dla mnie było to coś nowego, a każde nowe spotkanie jest dla człowieka w pewien sposób odświeżające.

Ta historia posiada też swoisty morał, który mówi o tym, aby nie wątpić w Boga i jego plany względem nas, nawet jeśli wydaje się, że "tam u góry" o nas zapomniano...

Moja ocena: 4/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Promic.

czwartek, 24 listopada 2011

"Pożegnanie z przeszłością" - Robyn Carr.

Tłumaczenie: Klaryssa Słowiczanka
Wydawnictwo: Mira & Harlequin
Stron: 268

Temat ginących w Iraku żołnierzy już nie szokuje. Ludzie oswoili się z takimi informacjami, znieczulili na nie. W mojej najbliższej  rodzinie póki co nie ma zawodowych żołnierzy, ale zawsze z wielką troską myślę o kobietach, które zostają często młodymi wdowami. Jak one sobie radzą? Jak w ogóle żyć po takiej tragedii? Mój umysł tego nie ogarnia. 

Robyn Carr stworzyła postać Marcie, kobiety-pistoletu (jak mawiał o niej jej zmarły mąż), silnej, zawziętej, pełnej wiary i dowcipu. Swojego ukochanego Bobby'ego poznała jeszcze w szkole, w wieku dziewiętnastu lat została jego żoną, kilka lat później słomianą wdową, gdy Bobby wrócił z wojny w stanie wegetatywnym, a w końcu - wdową zupełną, gdy umarł rok przed opisywaną w książce historią. Mimo upływu czasu Marcie wciąż tkwi w miejscu, czuje, że pozostało kilka spraw do domknięcia. A właściwie jedna sprawa - Ian. Najlepszy przyjaciel jej męża, który uratował mu życie, z którym Marcie wymieniała listy i który w końcu zamilkł, odciął się od świata. Zdeterminowana kobieta postanawia odnaleźć Iana, porozmawiać z nim i odzyskać wewnętrzny spokój, aby wreszcie ruszyć naprzód.

Pożegnanie z przeszłością należy do książek, których strony w czytaniu ubywają z prędkością błyskawicy. Nawet jeśli ci się nie podoba to, co czytasz. Tak już po prostu z tego typu powieściami bywa. Będę szczera - pierwszą połowę lektury spędziłam na marudzeniu pod nosem. Już po kilku stronach wiedziałam, że odnalezienie Iana skończy się romansem. Marcie w ogóle mnie do siebie nie przekonała. Irytowała mnie ta kobieta niesamowicie! Ten upór w poszukiwaniu Iana - mało autentyczny, słabo umotywowany. Nie odczułam zupełnie jej wielkiej miłości do Bobby'ego.

Trochę przeszkadzała mi też niedokładna korekta książki - w paru miejscach zamiast imienia "Ian" wstawiono "Bobby" i na odwrót. Dość denerwujące. Generalnie jednak byłabym niesprawiedliwa, gdybym nie przyznała, że książkę czytało mi się dobrze i nawet zarwałam dla niej pół nocy, mimo że rano trzeba wstać do pracy. Jest to lekka i przyjemna obyczajówka, z (moim ulubionym) motywem małego miasteczka w tle, nieco przegadana, ze słabym podłożem psychologicznym, ale jednak nie najgorsza. Listopadowy wieczór (i pół nocy) stał się w sumie trochę milszy dzięki pani Robyn Carr. No więc: nie żałuję!

Moja ocena: -4/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Mira & Harlequin.

poniedziałek, 21 listopada 2011

"Dom Jedwabny" - Anthony Horowitz.


Tłumaczenie: Maciej Szymański
Wydawnictwo: Rebis
Stron: 304

Od jakiegoś czasu czułam podskórnie potrzebę kryminału w mych czytelniczych przygodach. Po przeczytaniu Domu Jedwabnego zrozumiałam, że właśnie takich doznań mi teraz potrzeba. Muszę jednak przyznać, że przystępowałam do pierwszych stron z pewnym niepokojem, wszak nie znałam wcześniej historii Sherlocka Holmesa, nie zaczytywałam się tekstami Arthura Conana Doyle'a i nie miałam pewności czy świat wykreowany przez Horowitza mnie zainteresuje. Ale zainteresował, nawet więcej - pochłonął bez reszty!

Anthony Horowitz to angielski pisarz i scenarzysta. "Nowego Sherlocka Holmesa" (określenie z okładki) tworzył przez osiem lat. Znawcy tekstów o tym sławnym detektywie powtarzają, że Horowitz znakomicie oddał klimat książek Doyle'a. Ja porównania nie miałam, ale nastrój książki był dla mnie naprawdę wyjątkowy i nie pozwalał na oderwanie się od niej nawet na chwilę. 

Dom Jedwabny nie jest kontynuacją przygód Holmesa, ale zapisem dwóch spraw połączonych ze sobą, które wierny przyjaciel detektywa, a także jego kronikarz - dr Watson - zgodził się opublikować dopiero po stu latach. Charakter sprawy pod tytułem "Dom Jedwabny" wymagał ostrożności, a także dotrzymania pewnych obietnic, dlatego tak późno czytelnicy poznają tę nieznaną część z życia Sherlocka.

Wszystko zaczyna się od wizyty niepozornego marszanda Carstairsa, który prosi detektywa o pomoc, gdyż boi się o swoje życie. Prześladuje go człowiek w kaszkiecie. Od tego momentu pytania zaczynają się mnożyć, szczególnie, gdy dochodzi tajemnica pochodzenia jedwabnej białej wstążki na ręce pewnej ofiary... Jedno jest pewne - nie zamierzam streszczać fabuły, bo Horowitz tak pięknie ją prowadzi, że aż głupio próbować ubierać ją w ogólniki.

Metoda dedukcji Holmesa mnie zachwyca. Zwraca on uwagę na takie drobiazgi, których zwyczajny człowiek po prostu nie dostrzega. Najbardziej podobały mi się monologi wyjaśniające, kiedy Sherlock opisywał krok po kroku swoje spostrzeżenia. Czytałam i uśmiechałam się sama do siebie, myśląc - co za człowiek! Aż ciężko uwierzyć, że to tylko wytwór wyobraźni...

Książkę czyta się błyskawicznie. Trzyma w napięciu do samego końca. Język Horowitza jest znakomity, dopracowany w każdym szczególe (jednak było to osiem lat pracy) i wręcz pozwala czytelnikowi na "płynięcie" przez kolejne zdania. Bez wahania mogę polecić tę książkę każdemu, bez względu na to czy jest fanem znanego detektywa, czy też (jak ja) spotka się z jego historią po raz pierwszy.

Moja ocena: 6/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Domu Wydawniczego Rebis.

środa, 16 listopada 2011

"Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki" - Marcel Pagnol.


Tłumaczenie: Paweł Prokop, Małgorzata Paszke
Wydawnictwo: Esprit
Stron: 410

Marcel Pagnol to uznany francuski pisarz, dramaturg i reżyser filmowy. W Polsce chyba niezbyt popularny i doceniany, a może to po prostu ja okazałam się okropną ignorantką, nie czytając wcześniej nic tego autora? W każdym razie obiecuję (sobie) zajrzeć przede wszystkim do dramatów Pagnola.

Chwała mojego ojca i Zamek mojej matki to dwie pierwsze części wspomnień francuskiego pisarza, które zaczął spisywać, dobiegając do sześćdziesiątki. Polacy mają szansę przeczytać tę autobiografię ponad pięćdziesiąt lat od jej wydania. Tak więc przenosimy się do Francji początku XX wieku...

Autor zapoznaje czytelnika z korzeniami jego rodziny, opowiada o poznaniu rodziców, o spacerach z ciocią Różą do parku, gdzie też zakochała się w wujku Juliuszu. Świat małego Marcela to przede wszystkim jego bliscy - kochana mama, tata nauczyciel, młodszy brat Pawełek, jeszcze młodsza siostrzyczka, a także ciocia Róża i jej mąż. Potem do tej grupy najukochańszych dołączy Lili - pierwszy prawdziwy przyjaciel Marcela. Pagnol z niezwykłą dokładnością zarysowuje wszystkie postaci, znakomicie oddaje ich charakter. 

Największa część tych wspomnień dotyczy wakacji w domku poza miastem. To miejsce okazuje się rajem dla małego chłopca-odkrywcy. Bardzo dużo miejsca zajmuje opis wypraw na polowanie z ojcem i wujkiem. Były to wyjątkowe chwile dla Marcela, czuł się ważny na równi z dorosłymi.

Siła tej książki tkwi w delikatnym humorze, przemycanej ironii człowieka dorosłego, który jednak opisuje świat z naiwnością i infantylnością dziecka. Język Pagnola jest bardzo plastyczny. Dużo tu ciepła, uśmiechu, nostalgii. Zakończenie trochę wytrąca z równowagi, tej bezpiecznej równowagi, do której przyzwyczaił się czytelnik przez kilkaset stron...

Wspomnienia Pagnola czyta się niespiesznie, bez wypieków na policzkach. Pozwala to na zatrzymanie się chwilę i zastanowienie nad własnym dzieciństwem. Nad docenianiem tych zwykłych, błahych chwil, obok których często przechodzimy bez zainteresowania.

Mnie osobiście ta historia nie porwała. Trochę mi się dłużyła. Nie wiem, z czego to wynika. Być może trafiła na zły moment w moim życiu? Na pewno jednak nie żałuję spotkania z Marcelem i chętnie spotkam się z nim ponownie, bo kolejna część wspomnień Czas tajemnic wychodzi już 7. grudnia.

Na koniec dodam tylko, że książka jest pięknie wydana i same trzymanie jej w rękach sprawia przyjemność. Oko cieszą ponadto ilustracje J.-J. Sempego, który polskim czytelnikom jest dobrze znany z serii o Mikołajku. Do Mikołajka często porównuje się cykl Pagnola, ja jednak uważam, że to są dwie zupełnie różne typy opowieści. O innej wrażliwości i perspektywie. Na uwagę zasługują także przypisy, które pomagają rozszyfrować pewne francuskie oczywistości, jak choćby to, że do 1972 roku czwartki były we Francji dniem wolnym od szkoły (podstawowej). Jeden z moich ulubionych cytatów dotyczy tego faktu:

Pewnego pięknego kwietniowego wieczoru wracałem ze szkoły z ojcem i Pawłem. Była to środa, najpiękniejszy dzień tygodnia, bo nasze dni są piękne tylko dzięki swoim "nazajutrz".

Moja ocena: -4/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Esprit.

czwartek, 10 listopada 2011

Wyniki konkursu...

Wyrwałam się na chwilę z kuchni (przygotowania do imienin mojej mamy ruszyły pełną parą!) i dokonałam losowania, które okazało się szczęśliwe dla...


Gratuluję! :) 

Wędruje do Ciebie książka "Wycieczka na tamten świat". Bardzo proszę o podanie adresu do wysyłki - malgorzata.kowalska1989@gmail.com. W poniedziałek wyślę nagrodę.

***

Stos na półce rośnie. Dziś doszła następna książka i kolejne są w drodze. A do tego zbliża się kilka spektakli i co za tym idzie - recenzji teatralnych. Ach! Żeby tak doba miała 48 godzin! :)

Udanego długiego weekendu, kochane mole!