poniedziałek, 18 czerwca 2012

Top 10: Najważniejsze nieprzeczytane książki


Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu.

Dziś przyszła pora na... Najważniejsze nieprzeczytane książki!



To dość bolesny i ekshibicjonistyczny ranking. Zmusza mnie do przyznania się do swoich czytelniczych luk. Niektórych bardzo wstydliwych. Nie będę wypisywać tytułów, bo widać je dobrze na powiększeniu zdjęcia. Dodam jedynie, że ta konkretna książka Mankella występuje tylko symbolicznie - jako reprezentant twórczości pisarza. Najgorsze jest jednak to, że mogłabym dodać jeszcze wiele, wiele tytułów... Ale nie ma tego złego! Przynajmniej mam co robić do końca życia - czytać. Książki nie skończą się nigdy. :-)

piątek, 15 czerwca 2012

"Pokoje do wynajęcia" - Valerio Varesi


Tłumaczenie: Tomasz Kwiecień
Wydawnictwo: Rebis
Stron: 295

Podczas kolejnej podróży z kryminałem trafiłam do Włoch, a dokładnie do Parmy. Zbliżało się akurat Boże Narodzenie. Z każdego zakątka miasta wyzierała mgła, a w powietrzu czuć było zbrodnię. Nie musiałam na nią długo czekać. Zamordowana została staruszka - Ghitta Tagliavini - znana z wynajmowania studentom pokoi. Śledztwo powierzono komisarzowi Soneriemu, który w studenckich czasach często bywał w okolicy zbrodni, łączy go z nim wiele wspomnień. To nie będzie dla niego zwykłe dochodzenie, to będzie okrutne babranie się we własnej przeszłości, walka z własnymi demonami.

Soneri to człowiek bardzo nieszczęśliwy, który przeżył osobistą tragedią, a za przyczyną śledztwa w sprawie Ghitty przeżywa kolejną. To introwertyk chodzący własnymi ścieżkami. Mgła jest jego sprzymierzeńcem, bo dzięki niej kluczy w nocy zakątkami Parmy i łaczy w całość ledwo dostrzegalne fakty. Ciężkie okazuje się dla niego odkrycie, jak bardzo to miasto (a raczej jego fragment, który pamięta ze szczęśliwych lat studenckich) się zmieniło. Stało się moralną ruiną. Soneri zmuszony jest poddać demitologizacji własną młodość i własne wspomnienia. Nic nie jest już takie, jak zapamiętał. Gorzej - nawet wtedy nic (i nikt) nie było takie, jak mu się wydawało. Ani Ghitta, ani jego ukochana żona Ada... 
To miasto rozpada się na kawałki i nawet skorup nie można znaleźć.
Wsparciem dla Soneriego w tym mieście pełnym kłamstwa, korupcji i brudnych interesów są inspektor Juvara i Angela. Juvara to człowiek rzetelny, bystry i bardzo pomocny. Nigdy nie marudzi (nawet na najdziwniejsze zlecenia od Soneriego), jest chodzącym archiwum. Ponadto ma w sobie wiele empatii i dobroci, jest dla komisarza niezastąpiony. Angela to dziewczyna Soneriego. Chyba prawniczka, ale tak naprawdę o jej pracy niewiele wiadomo. Raczej stara się być oparciem i wyrywać Soneriego z ponurych podróży w przeszłość. To kobieta, która ma swoje zdanie i daleko jej do głupiej gąski czy pokornej owieczki. Dzięki niej Soneri koi nerwy i nie traci resztek wiary w lepsze jutro.

Pokoje do wynajęcia czyta się bardzo szybko. Nie umiem określić stylu pisarskiego autora, ale trzeba przyznać, że nie ma w nim zgrzytów. To nie kryminał, w którym wstrzymuję oddech i ostatnie strony przewracam z prędkością błyskawicy. Ma w sobie jakiś spokój, taki specyficzny rytm. Dla mnie ciekawsze i przyjemniejsze było kluczenie uliczkami Parmy, niż punkt kulminacyjny. I może dlatego czuję pewien niedosyt. Samo rozwiązanie zagadki śmierci Ghitty nie wprawiło mnie w osłupienie, nie wywróciło do góry nogami wszystkich moich teorii. Ciekawa jestem, czy taki ma właśnie sposób na kryminał Valerio Varesi? Może uda mi się odpowiedzieć na to pytanie po kolejnym spotkaniu.

Moja ocena: -5/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Domu Wydawniczego Rebis.

piątek, 1 czerwca 2012

O filmach [1]: na czym byłam w kinie?

Mam ogromne zaległości filmowe. Mnóstwo najnowszych produkcji wciąż nie widziałam i tylko dopisuję je sobie do "listy wakacyjnej", czyli listy rzeczy, które przeczytam, zobaczę, zrobię w wakacje. To pewnie trochę utopijna lista, bo rzeczywistość zawsze weryfikuje nasze plany, a tak po prawdzie - nigdy jeszcze nie udało mi się w stu procentach wykonać jakiegoś zamierzonego planu. Niemniej będę się starać i mam nadzieję, że będzie to miało swoje odbicie w moich letnich postach. 

Udało mi się jednakże zobaczyć przynajmniej dwie premiery tego roku, które zasługują na parę słów. Oba filmy bardzo mnie poruszyły i długi czas nie dawały o sobie zapomnieć. Nie będę Wam streszczać fabuły (kliknięcie na plakat, przeniesie Was do strony z opisem i wszelkimi szczegółami), ale napiszę trochę o moich subiektywnych odczuciach.

Róża
reż. Wojciech Smarzowski

Wiedziałam, że to spotkanie nie będzie łatwe i przyjemne, wszak to Smarzowski - reżyser Wesela i Domu złego, ale chyba nie spodziewałam się, że będzie aż tak ciężko. Że nie będę mogła wstać z fotela po zapaleniu świateł. Że dzień następny spędzę na ciągłym odtwarzaniu scen w głowie i wracaniu do najtrudniejszych momentów. Że będę miała niepokojące sny przez kilka następnych nocy. Ogrom brutalności i cierpienia, jakie reżyser zawarł w tym obrazie jest nie do wypowiedzenia. Jednak nie znajdziemy tu bezmyślnego epatowania przemocą. Znajdziemy za to historię miłości niemożliwej. Róża to mocny film, trudny, ale i ważny. Bardzo dobrze zrobiony - wszystko tu gra: zdjęcia, muzyka, aktorzy (Dorociński, Kulesza, Preis, Braciak). Naprawdę warto zarezerwować sobie wieczór na spotkanie z filmem Smarzowskiego, choć można wyjść po tym spotkaniu niezwykle zdruzgotanym wewnętrznie.




Nad życie
reż. Anna Plutecka-Mesjasz

Na ten film długo czekałam. Właściwie od pierwszych zapowiedzi wiedziałam, że muszę zobaczyć tę historię na dużym ekranie. Historia życia Agaty Mróz to idealny materiał na film. Heroiczna walka o dziecko w obliczu choroby - obok tego nikt nie przejdzie obojętnie. Dlatego też nie jest w tym przypadku istotne, że film to żadne arcydzieło, ot prosto sklejony obraz. Ważniejsza jest wszak sama wymowa, przekaz. Po zapaleniu świateł damska część widowni chowała chusteczki do torebek. Ja również. Nie sposób nie wzruszyć się na tym filmie. Polecam każdemu, kto kiedykolwiek słyszał o Agacie, ale szczególnie polecam tym, którzy tej historii nie znają. Piękna i wzruszająca opowieść. Ukłon w stronę niezwykłej kobiety, której już z nami niestety nie ma.


niedziela, 27 maja 2012

Byłam w teatrze [4]


Teatr Baj Pomorski w Toruniu
Najmniejszy Bal Świata Maliny Prześlugi
Reżyseria: Paweł Aigner
Scenografia: Jan Polivka
Premiera: 5 lutego 2012


Wędrując z Migawką

Dzieciństwo rządzi się własnymi prawami. Dziecko ma prawo do zabawy, prawo do brudzenia ubrań, prawo do robienia bałaganu, prawo do braku zmartwień. Niestety do tych przyjemnych praw dochodzą trochę mniej przyjemne obowiązki: obowiązek sprzątania po sobie, obowiązek pomagania w domu, obowiązek słuchania rodziców czy w końcu obowiązek dorastania i brania odpowiedzialności za własne czyny. Zaakceptowanie takiego podziału przychodzi każdemu dziecku inaczej. Niektóre przyjmują to lekko i z łatwością dostosowują się, ale inne - zwyczajnie buntują. Telewizja ostatnich lat zauważyła tu potencjalny zysk i dostrzegła zapotrzebowanie na programy typu "Superniania", które (przynamniej w założeniu) pomagają pozbyć się rodzicielskich zmartwień z trudnymi dziećmi. 

Takim zbuntowanym dzieckiem jest Migawka - główna bohaterka dramatu Maliny Prześlugi i spektaklu w reżyserii Pawła Aignera. Spektaklu, który można chyba śmiało nazwać jedną z ważniejszych (jeśli nie najważniejszą) premier tego sezonu w toruńskim Teatrze Baj Pomorski. Przedstawienie charakteryzuje niesamowity rozmach multimedialny. Reżyser chciał pokazać widzom w teatrze program telewizyjny nagrywany na żywo. Program ów to tytułowy "Najmniejszy Bal Świata", gdzie rodzice przyprowadzają niesforne pociechy, a Prezenter - Tomasz Pomagalski (Krzysztof Grzęda) - stara się im (jak wskazuje nazwisko) pomóc. 

Na dużej scenie toruńskiego teatru stworzono najprawdziwsze studio telewizyjne. Kilka kamer, pełno kabli, po bokach dwa wielkie telebimy, a sama scena niebieska. W spektaklu została wykorzystana technika obróbki obrazu zwana blue box, która umożliwia wmanipulowanie w niebieskie tło dowolnego obrazu. Człowiek ubrany na niebiesko staje się na ekranie niewidoczny. Z techniki tej telewizja korzysta na co dzień, chociażby w programach informacyjnych czy prognozie pogody. Opanowanie i swobodne korzystanie z niej to niełatwa sztuka, gdyż trzeba cały czas kontrolować sytuację na podglądzie i trafiać z ruchami dokładnie w konkretny punkt, aby nie rozminąć się z obrazem na ekranie. Przy tym powinno to wyglądać na zupełnie naturalne. Przed aktorami postawiono więc zadanie wyjątkowo trudne, ale i fascynujące, gdyż jednocześnie byli aktorami teatralnymi i telewizyjnymi. 

Ze względu na przyjętą konwencję wprowadzono liczne zmiany w tekście Prześlugi. Wszystko jednak za zgodą autorki i przy współpracy z nią. I tak zamiast najmniejszego królestwa świata widzowie odwiedzają studio telewizyjne, w którym zamiast Króla Maciupka i Królowej Malusi poznają Matyldę (Grażyna Rutkowska-Kusa) i Kazimierza (Andrzej Korkuz) Królów - rodziców wojowniczo nastawionej do świata Migawki, szukających rozwiązania swych problemów wychowawczych w programie Pomagalskiego (pełniącego rolę Pana Przechodnia z dramatu). Państwo Królowie to ludzie raczej przeciętni, zwyczajni, skromni i trochę zawstydzeni, a nade wszystko wpatrzeni w swą jedynaczkę. Migawka (bardzo dobra rola Dominiki Miękus) natomiast jest dzieckiem niepokornym, odmawiającym pomocy w domu, niekulturalnym (w czasie programu siedzi skulona na podłodze, na pytania prowadzącego odpowiada nieuprzejmie i nawet nie chce założyć butów). Próbuje oskarżyć rodziców o krzyk i gryzienie, jednak ukazane na ekranach materiały filmowe (na których rodzice mówią do niej delikatnie i cichutko, a ona wrzeszczy wniebogłosy) stanowczo temu zaprzeczają. Dziewczynka chciałaby się cały czas bawić, nie mieć zmartwień i obowiązków, a ponieważ rodzice jej na to nie pozwalają, postanawia wysłać ich na inną planetę. Z kosmetyków mamy i taty tworzy magiczny "ekliksir", wymyśla zaklęcia i Matylda z Kazimierzem znikają (za niebieskim materiałem). Motyw ten (marzenie pozbycia się rodziny na rzecz wolności i swobody) znany jest dobrze z kultowego filmu "Kevin sam w domu". I choć chwilowo Migawka skacze z radości (na telebimach projekcja-złudzenie, w której bohaterka biega po budynku teatru), to już za moment wraca z płaczem, woła rodziców, jest zrozpaczona. Jak zawsze pomocny Pomagalski podpowiada dziewczynce, że musi po prostu rodziców znaleźć. 

(...)

[Całość można przeczytać tu.]

piątek, 25 maja 2012

W paru słowach...

Dawno mnie tu nie było w sposób czynny. Biernie przyglądałam się nowościom na innych blogach. Właściwie sama tego nie rozumiem, ale przyszła jakaś blokada i ciężko było mi ją złamać. Z jednej strony winiłam za to marazm zimowo-przedwiosenny, a z drugiej - uczelnianą gorączkę. Prawda jest gdzieś pomiędzy pewnie. Ta przerwa od bloga była jednakże ożywcza, bo teraz czuję zupełnie świadomie, jak ważna to część mojego życia. I nie chcę jej już więcej zaniedbywać. Mimo pracy, mimo nauki. Muszę dbać o ten mój zakątek, taki prawdziwie mój.

Dziś będzie trochę w skrócie. Chcę Wam opowiedzieć o dwóch ważnych dla mnie książkach, które ostatnio czytałam. Za kilka dni dodam jakieś filmowe refleksje, a chwilę potem dojdą najnowsze wieści z moich teatralnych spotkań. Wróciłam nareszcie i w pełni. Mam nadzieję, że ktoś tu jeszcze o mnie pamięta i wybaczy mi milczenie? :)

Olga i Piotr Morawscy
Od początku do końca
 Wydawnictwo: National Geographic
Stron: 312

To trudna książka. Powstała na bazie dzienników z podróży Piotra Morawskiego (pisałam o nim w październiku przy okazji Gór na opak). Te relacje uzupełniła swoimi wspomnieniami jego żona - Olga. Do tego dochodzą zdjęcia - te z wypraw i te zupełnie prywatne. Czytałam tę książkę raz z uśmiechem, raz ze złością, a najczęściej ze łzami w oczach. Właściwie po przeczytaniu 3/4 książki za jednym zamachem, odłożyłam ją na kilka tygodni na półkę. Dlaczego? Bo wiedziałam, że ta podróż zbliża się do końca. Podróż Piotra. Ciężko było go "uśmiercić", ciężko było czytać wspomnienia Olgi z najtrudniejszego dla niej okresu. Szczerze polecam tę pozycję, bo znajdziecie tu historię pięknej miłości, ale i miłości szalenie wymagającej.

Kathryn Stockett
Służące
Tłumaczenie: Małgorzata Hesko-Kołodzińska
Wydawnictwo: Media Rodzina
Stron: 581

Gdy myślę o tej książce, to na usta cisną mi się same słowa, których powinno się w recenzjach wystrzegać, bo są zbyt ogólne i nie znaczą nic konkretnego. Ale co zrobić, gdy właśnie "niesamowita", "niezwykła", "fantastyczna", "genialna", "wyjątkowa", "poruszająca" najlepiej oddają moje odczucia w stosunku do debiutu Kathryn Stockett? To historia trzech odważnych kobiet, które postanowiły zmienić swoją rzeczywistość. Autorka dotyka problemu segregacji rasowej w latach sześćdziesiątych na amerykańskim Południu. Skeeter, Aibileen i Minny to wyraziste postaci. Każda z nich ma swoje tajemnice, swoje przywary. Każda mówi innym językiem (co świetnie oddała Stockett w stylu poszczególnych rozdziałów), ale mówią o tym samym i to jest najważniejsze. Służące to niezwykły przypadek, gdy człowieka porusza zarówno książka, jak i film. Dlatego zachęcam do przeczytania książki i obejrzenia filmu. Obu rzeczy, ale dokładnie w tej kolejności.





czwartek, 8 marca 2012

Byłam w teatrze [3]


Teatr "Baj Pomorski" w Toruniu
Przytulaki
Reżyseria: Marta Parfieniuk-Białowicz, 
Edyta Soboczyńska, Mariusz Wójtowicz
Scenografia: Krzysztof Białowicz
Premiera: 3 grudnia 2011


Toruńskie najnaje przytulone

Teatr inicjacyjny - zwany też teatrem dla najnajmłodszych widzów (w skrócie "najnajów") - jest wciąż białą plamą na teatralnej mapie Polski. Owa plama zdaje się powoli nabierać kolorów, a staje się to głównie dzięki poznańskim inicjatywom, których podejmują się Teatr Atofri, Studio Teatralne Blum czy Centrum Sztuki Dziecka. W innych miastach kwestia teatru dla najnajów nie wygląda już tak dobrze, ale można zaobserwować pewien progres - stopniowo i w teatrach instytucjonalnych odkrywa się najnajmłodszych (przykładem chociażby Białostocki Teatr Lalek, Teatr Lalek Pleciuga ze Szczecina czy Teatr Lalka w Warszawie). Tym bardziej cieszy fakt, że aktorzy z toruńskiego Teatru Baj Pomorski postanowili zadbać o lokalne najnaje i stworzyli przedstawienie o znamiennym tytule "Przytulaki", przeznaczone dla dzieci do czwartego roku życia. 

Już w szatni dało się wyczuć, że mali widzowie długo czekali na to spotkanie (zapewne w większości ich pierwsze) z teatrem. Radosne oczekiwanie udzielało się też rodzicom. Miejscem gry na potrzeby spektaklu stała się kawiarnia teatru, ale przearanżowana w ten sposób, aby przypominała pokój zabaw. Wchodząc z korytarza należało lekko odchylić żółtą zasłonę nad drzwiami i dzięki temu od razu czuło się magię tego niezwykłego pomieszczenia. Właściwie była to taka symboliczna granica między rzeczywistością a teatrem, jeszcze przed pojawieniem się aktorów. Miejsce wyglądało trochę jak z bajki - intensywne kolory (czerwień, żółcień, zieleń, niebieski) przełamywane bielą, ściany wyściełane miękkim i miłym w dotyku materiałem, ze ściany wyrastał piękny pluszowy kwiat, z sufitu zwisało żółte pluszowe słońce. Największe zainteresowanie wśród maluchów budziły jednak nienaturalnych rozmiarów pluszowe smakołyki: apetyczny kawał żółtego sera, ogromna połówka arbuza (na której mieściło się nawet kilkoro dzieci), wielki banan czy połowa cytryny. Najnaje były wyraźnie zaintrygowane tym niezwykłym pokojem, w którym kolor, materiał i kształt działały na zmysły i pobudzały wyobraźnię. Można powiedzieć, że to właśnie było ich pierwsze przytulenie do teatru, jeszcze przed właściwą częścią przedstawienia. 

Miejsce dla aktorów (zaznaczone przez wielkie niebieskie drzwi i otwarte na oścież okno) tworzyło z miejscem dla widowni właściwie jedną przestrzeń, jednak dzieci wyczuwały delikatną, niewidoczną granicę i generalnie nie przekraczały jej podczas trzydziestominutowego spektaklu. Przedstawienia teatru inicjacyjnego charakteryzuje fragmentaryczność i afabularność, gdyż uchwycenie historii w sposób przyczynowo-skutkowy to jeszcze nie ten etap rozwoju. Mali widzowie raczej koncentrują się na osobnych częściach, na krótkich etiudach. Doskonale wiedzieli o tym toruńscy aktorzy, którzy wcielając się w postaci Oli (Marta Parfieniuk-Białowicz), Ali (Edyta Soboczyńska) i Jasia (Mariusz Wójtowicz) - wesołych dzieci ubranych w wielobarwne stroje - skupili się na poznawaniu, na odkrywaniu, na doświadczaniu. Za pomocą sugestywnych, bardzo wyrazistych gestów i prostych rekwizytów pokazywali różne rodzaje uczuć i emocji (miłość, przyjaźń, smutek, rozczarowanie), obrazowali, w jakich sytuacjach należy używać słów "proszę", "przepraszam", "dziękuję", bawili się w pokazywanie części ciała, tak dobrze znane maluchom (bo praktykowane przez babcie i ciocie). Ponadto za sprawą figur geometrycznych wciągali małych widzów do zabawy w kalambury. Pokazywali różne możliwości, jakie daje trójkąt, koło czy kwadrat (obowiązkowo wykonane z pluszu lub czegoś podobnego). Dzieci szybko dały się wciągnąć w grę i za każdym razem wołały "co to? co to?", a gdy wpadły na jakiś pomysł, to prawie się przekrzykiwały. Radości było co niemiara. Po figurach przyszedł czas na zwierzęta: znalazł się tu i pies, i kot, i mysz, i żaba, i świnka, nawet kogut, choć akurat on wzbudził wśród publiczności najmniejszą sympatię. Stworzenia to wychodziły zza niebieskich drzwi, to pokazywały się w kolorowym oknie. Dzieci (czego można było się spodziewać) zaczęły naśladować zwierzaki i razem z nimi miauczeć czy rechotać. Wspomniane wcześniej pluszowe smakołyki (będące elementem scenografii) wykorzystywano w różny sposób - ser stał w pewnym momencie celem dla myszy (obowiązkowo gonionej przez kota), a ogromny arbuz (stanowiący centrum miejsca gry) służył chociażby jako stolik pod tort, złożony z kilkunastu kółek. 

(...)

[Całość można przeczytać tu.]

wtorek, 6 marca 2012

"Bielszy odcień śmierci" - Bernard Minier


Tłumaczenie: Monika Szewc-Osiecka
Wydawnictwo: Rebis
Stron: 510

 Ludzie są jak góry lodowe. Pod powierzchnią kryje się cała masa niedopowiedzeń, cierpienia i tajemnic. Tak naprawdę nikt nie jest tym, na kogo wygląda.

Zima. Pireneje. Wokoło tylko śnieg i góry. I coś jeszcze... Tajemnice sprzed lat, które zaczynają stopniowo wychodzić na wierzch i odkrywają mroczne oblicze pozornie urokliwego miasteczka - Saint-Martin. Klimat tej historii od samego początku jest determinowany przez miejsce wydarzeń, dlatego czytelnik może czuć się niepewnie w tej mrocznej, dusznej, ciasnej i rażącej bielą w oczy przestrzeni. 

Wszystko zaczyna się od niekonwencjonalnej zbrodni na koniu, do której zbadania zostały wyznaczone siły policji i żandarmerii. Chwilowe traktowanie historii z przymrużeniem oka staje się zupełnie poważne, gdy ginie człowiek... Śledztwo prowadzą komendant Martin Servaz - czterdziestoletni rozwodnik walczący z własnymi demonami z przeszłości oraz kapitan Irene Ziegler - silna kobieta o wielu talentach i wielu tajemnicach. 

Intryga rozwija się powoli, pytania stopniowo nagromadzają, atmosfera zagęszcza. Kolejne furtki otwierają się, a drogi zaczynają prowadzić w różne miejsca... To do Instytutu, w którym trzymani są najgroźniejsi zbrodniarze z Europy (chorzy psychicznie), którego szefem został dość podejrzany człowiek imieniem Xavier i do którego trafiła ze Szwajcarii młoda i ciekawska pani psycholog Diane Berg. To do starego ośrodka kolonijnego znajdującego się opodal, opustoszałego dziś, a kiedyś odwiedzanego przez większość dzieciaków z miasteczka, których rodziców nie było stać na wakacje.

Silnym punktem tej historii są bohaterowie, a w szczególności wspomniani wcześniej Servaz i Ziegler. Intrygująca jest też postać największego zbrodniarza - Juliana Hirtmanna, którego DNA znaleziono przy ciele konia. Moją osobistą sympatię zyskał podwładny Servaza, Vincent Esperandieu - dobrze ubrany, piekielnie inteligentny, o szerokich kontaktach miłośnik technologicznych nowinek i świetnej muzyki, a także mąż i ojciec posiadający rodzinę jak z obrazka... Wiele obiecywałam sobie po postaci Xaviera, ale mam wrażenie, że jego wątek został niezakończony i właściwie trochę o nim zapomniano. Nieco bezbarwna i nie pogłębiona psychologicznie wydawała mi się ponadto Diane Berg...

W tej opowieści każdy skrywa jakieś tajemnice, nic nie jest pewne. I choć jedną z niewiadomych udało mi się szybko rozszyfrować, to w najważniejszej kwestii - wytypowania mordercy - byłam przez długi czas w błędzie, co bardzo mnie cieszy, bo przecież cóż by to był za kryminał, gdyby tak łatwo dało się go rozwikłać? Książka jest napisana przejrzystym językiem, dobrze zredagowana (błędy można policzyć na palcach jednej ręki), porusza ciekawe  i trudne tematy (choć szkoda, że szpital psychiatryczny nie został bardziej wykorzystany), ma intrygujących bohaterów i po prostu sprawia, że nie sposób się od niej oderwać póki nie przeczyta się ostatniej strony.

Bielszy odcień śmierci został okrzyknięty najlepszym kryminałem 2011 roku we Francji, co jest o tyle zaskakujące, że to debiut autora - Bernarda Miniera. Trudno uwierzyć, że tak znakomicie dopracowana powieść, tak świetnie poprowadzona intryga jest dopiero początkiem możliwości pisarza. Tym bardziej z niecierpliwością będę oczekiwać jego następnej książki. Kto wie, może spotkam ponownie swojego starego znajomego - Servaza?

 Moja ocena: -6/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Domu Wydawniczego Rebis.

wtorek, 28 lutego 2012

"Wiktoriańska Herbaciarnia" - Debbie Macomber


Tłumaczenie: Hanna Hessenmuller
Wydawnictwo: Mira & Harlequin
Stron: 332

Dobrze się czuję w takim towarzystwie. W towarzystwie zwyczajnych ludzi, z ich mniej lub bardziej zwyczajnymi problemami. Z ich czasem zupełnie niezwyczajnymi radościami, emocjami, uczuciami. W Cedar Cove zadomowiłam się bardzo szybko i doprawdy ciężko było się rozstać...

Wiktoriańska Herbaciarnia to kolejny tom z serii Zatoka Cedrów. Żałuję ogromnie, że nie czytałam wcześniejszych, ale moja obawa, że nie zrozumiem czy też nie wczuję się w klimat Herbaciarni, okazała się obawą bezpodstawną. Ta książka to historia, która spokojnie funkcjonuje jako osobna opowieść. 

Poznałam dzięki Debbie Macomber wielu niezwykłych bohaterów. Wymienić ich wszystkich tu nie sposób i chyba też nie w tym rzecz. Czasem gubiłam się w imionach i relacjach, ale to wina mojego braku skupienia, a nie braku konsekwencji autorki. Kilka postaci szczególnie zapadło mi w pamięć i serce. Bardzo współczułam Justine i Sethowi, że stracili ukochaną restaurację i zaczęli też tracić siebie nawzajem. Wzruszałam się za każdym razem, gdy historia toczyła się wokół przyszłej mamy - Maryellen. A śmiałam nieraz do łez z fryzjerki Teri i jej nieporadnego geniusza szachowego - Bobby'ego Polgara. Całe Cedar Cove stało się dla mnie miejscem pełnym znajomych, których chciałoby się odwiedzać i odwiedzać...

Książka należy do tych z gatunku "babskich", to prawda. To taki trochę serial, tyle że spisany. Ale uważam, że spisany (a raczej - napisany) bardzo dobrze, nienachalnym i nieinfantylnym językiem. Do tego dobra redakcja tekstu, piękna okładka, idealna czcionka. Takie książki lubię czytać, takie historie lubię poznawać.

Wiktoriańska Herbaciarnia jest idealna na każdą porę roku, na każdą porę dnia i dla każdej kobiety. To książka bardzo życiowa, może troszkę idealistyczna, ale przecież któż z nas czasem nie idealizuje, nie marzy? Niektóre marzenia mogą się wszak spełnić, choćby nie wiem, jak były nierealne. Poczciwa Teri najlepszym dowodem.

Mam nadzieję, że będzie mi jeszcze dane odwiedzić znajomych z Zatoki Cedrów, bo muszę przyznać, że trochę się do nich przywiązałam...

Moja ocena: +4/6

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Mira & Harlequin.

***
Drodzy, wracam nareszcie do tej wirtualnej gromady miłośników książek. Ostatnie tygodnie były dość ciężkie, ale w końcu ruszam naprzód. Stos na półce coraz większy, ale na szczęście wraca moja energia i pasja, które przytłumiła zima i melancholia (delikatnie mówiąc). To, że nie pisałam i nie komentowałam, nie znaczy, że nie czytałam Waszych nowości. Starałam się być w miarę na bieżąco, ale teraz koniec z biernością. Do pracy! :)

niedziela, 8 stycznia 2012

"Dziwne losy Jane Eyre" - Charlotte Bronte


Tłumaczenie: Teresa Świderska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Stron: 571

Każdy z nas (czytających namiętnie) ma własną listę marzeń książkowych. Na mojej liście główne miejsce zajmuje klasyka, którą pragnę poznawać, poznawać, poznawać. Wypełniać te zawstydzające luki w mym czytelniczym wykształceniu. Pierwsza książka w 2012 roku ma dla mnie wymiar symboliczny, wszak to prawdziwa klasyka powieści, a jedno z moich postanowień noworocznych tyczy się właśnie klasyki. W 2012 roku postanawiam przeczytać podstawy podstaw, których dotychczas nie poznałam, a także zaopatrzyć się w owe książki na przyszłość. Być może na wiosnę doczekam się mej wymarzonej biblioteczki!

Wspomnianą wcześniej książką o symbolicznym wymiarze jest dzieło Charlotte Bronte Dziwne losy Jane Eyre. Spędziłam z tym utworem okres świąteczno-noworoczny. Czytałam w różnym tempie. Raz spokojnie, dotykając myślą każdego zdania. Innym razem, przewracałam kartki w sposób szaleńczy, chcąc czym prędzej poznać rozwiązanie problemu. Szczególna to książka i cieszę się, że nareszcie po nią sięgnęłam. 

Losy Jane opowiada czytelnikowi ona sama, w pierwszej osobie. Zwraca się niejednokrotnie bezpośrednio do czytelnika, jak gdyby siedziała obok i przy kubku herbaty snuła opowieść... XIX wieczna Anglia to jeden z moich ulubionych czasów powieściowych, dlatego opowieści Jane wciągnęły mnie już po pierwszych stronach. Czytelnik poznaje dekadę z życia głównej bohaterki. Dekadę bodaj najważniejszą, bo mieszczącą w sobie trudną przemianę z dziewczynki w kobietę. Oczywiście dane jest czytelnikowi także poznać losy wcześniejsze i późniejsze, a wszytko dzięki płynnej narracji i barwnemu językowi. Dla współczesnego czytelnika ten język może być już anachroniczny, zbyt patetyczny, a sama książka przegadana. No i oczywiście, każdy ma do tego prawo, ale chyba nikt nie odmówi tej powieści uroku, znakomitej znajomości ludzkich emocji i ważności problemów w niej podjętych.

Jane Eyre to kobieta, która sporo w swoim młodym życiu przeszła. Kobieta, która potrafiła przeciwstawiać się, gdy inni ulegali. Kobieta, która pragnęła się rozwijać, a nie tylko żyć spokojnie i dostatnio, jak większość panien w tamtych czasach (a czy dziś jest inaczej?). Kobieta, która w imię wyznawanych wartości, potrafiła zrezygnować z pięknego uczucia. Kobieta, która była silna duchem mimo wątłego ciała. Kobieta niesztampowa jak na XIX wieczną Anglię pełną sztywnych konwenansów.

Dziwne losy Jane Eyre to także wzruszająca opowieść o miłości. Miłości trudnej, pełnej przeciwności. Miłości prawie że niemożliwej. Przyznaję, że nie zawsze rozumiałam i pochwalałam postępowanie Jane, gdyż mój umysł dziewczyny z XXI wieku nie zgadzał się z pewnymi decyzjami. Jednak podziwiałam główną bohaterkę za tę niezłomność przekonań i siłę do zaczynania wciąż od początku.

Mimo ogromnej ilości zalet, muszę być szczera także wobec siebie samej i uznać, że jednak książka Charlotte Bronte nie porwała mnie tak bardzo, jak bym oczekiwała. No właśnie, bo ja chyba miałam zwyczajnie zbyt wielkie oczekiwania wobec tego utworu. No i pamiętałam też moje uczucia podczas pochłaniania znakomitych Wichrowych Wzgórz Emily Bronte... Dlatego Dziwne losy Jane Eyre zapamiętam jako książkę bardzo wartościową, ale bez tego błysku w oku podczas przewracania kolejnych stron. Niemniej - przeczytać warto, a nawet trzeba!

Moja ocena: 5/6

wtorek, 27 grudnia 2011

Trochę nowości z Gosławowej półki...


Pojawiło się u mnie trochę nowości. Czekam jeszcze na jedną książkę, a dwie inne czytam.

Od dołu:
  • Mansfield Park Jane Austen - do recenzji od Wydawnictwa Zielona Sowa; znam film, czas na książkę;
  • Sekretnik Katarzyna Michalak - wygrana w konkursie zorganizowanym przez panią Kasię Michalak;
  • Opowieści o Niewidzialnym Eric-Emmanuel Schmitt - znalezione pod choinką;
  • Wiktoriańska Herbaciarnia Debbie Macomber - do recenzji od Wydawnictwa Mira & Harlequin;
  • Pióropusz Marian Pilot - Nike 2011, wygrana w konkursie zorganizowanym przez toruński miesięcznik kulturalny "Ikar";
  • Idiota Fiodor Dostojewski - do recenzji od Wydawnictwa Zielona Sowa; czas uzupełnić luki w klasyce!
Zastanawiam się nad jakimś twórczym konkursem dla Was, ale póki co - nic mądrego nie wymyśliłam. :)